Uniwersum Wiedźmin – Inny Świat – Opowiadanie „Nie ma żadnych potworów!”

Policyjni rutyniarze sprawnie rozpoczęli zabezpieczanie miejsca zbrodni. Żółto czarne taśmy okalały już sektor bezpośredniego zdarzenia dookoła małej palisady, część ciał leżała na noszach popakowana w foliowe worki, część jednak nadal leżąc czekała na swoją kolej do oględzin koronera. Z podjeżdżającego wąską ścieżką między łąkami samochodu terenowego wysiadł mężczyzna, ciężkim obuwiem uderzając o wyschnięty piach, spojrzenie miał senne, zmęczone rutyną dnia powszedniego. Zawiesił identyfikator na szyi, zamknął drzwi i podszedł do koronera przy ciele dziecka. Koroner była kobietą. – Sierżant Grzegorz Gałęziewski, wydział zabójstw – odpowiedział znudzonym tonem niedbale rzucając wzrokiem po miejscu zbrodni – Joanna Pierzchałowicz, miejski patolog na stanowisku koronera – odpowiedziała równie niedbale i znudzenie. – Smutny koniec dnia, prawda? – zaczął Sierżant niepewnie – małe brzdące pewnie codziennie się tu bawiły, nikomu nawet przez myśl pewnie nie przeszło… – Liczna stłuczenia i nacięcia, brak większych złamań nie licząc samych pourywanych kończyn – przerwała mu monolog pani koroner – o, a ten dzieciak musiał umrzeć później, biedak pewnie nie doczekał się pomocy, nie mając sił krzyczeć. Strasznie mu coś obiło płuca i klatkę piersiową, o tu widzi pan? Tu na boku ten siniak? – Sierżant schylił się nie wyciągając rąk z kieszeni – A tak, widzę. Musiał stać na wprost tego kogoś kiedy walnął go w bok tak aż upadł na bok, tylko czemu leży na wznak? – Przypuszczam że sam się odwrócił przed śmiercią nie mogąc złapać powietrza – ciągnęła dalej koroner – i to go mogło zabić, o tu, z drugiej strony, widzi pan? – Sierżant obszedł ciało chłopca – rana cięta, zadana ostrym narzędziem, i to dosyć szybko bo powierzchowna, pewnie jak się przewrócił na plecy rana uległa powiększeniu i zmarł z wykrwawienia – Skończył sierżant – Może to i lepiej że z wykrwawienia – zaczęła koroner – stłuczenie i na boku musiało powodować efekt bezdechu i zwiększoną panikę, tak by było dużo gorzej dla samego chłopca – czegokolwiek nie mówiąc, życia mu to nie przywróci – pokiwał głową sierżant stając – popytam innych, może ktoś jeszcze coś wie – i odszedł do grupki mężczyzn robiących aparatami zdjęcia ziemi dookoła – O, pan sierżant, powitać powitać – uśmiechnął się ten stojący obok drugiego z aparatem – Stefan Walizeski, mąż mojej siostry – wyrzucił z siebie sierżant głośno i dobitnie – jak tam głowa, nie boli jeszcze? – fotograf spojrzał podejrzliwie – nie, a czemu by miała boleć? – sierżant odchrząknął. – jak rutyna, znaleźliście coś ciekawego? – podjął temat – małe buty sportowe, dużo zatartych ale to wina samych dzieciaków, zatraceni w zabawie – westchnął – czasami wół chce znów na powrót cielęciem być. Dzieciaki które jeszcze nie znają pieniądza to mają dobrze – kontynuował dalej – brak podziałów klasowych, zabawa praktycznie bezmyślna i radosna, no typowo dziecięca, a potem człowiek dorasta, coraz więcej myśli, zastanawia się nad sensem… i mniej sensu widzi im bardziej myśli – dokończył fotograf – Stasiek, do rzeczy – skarcił go sierżant – jakieś anomalie w śladach? – ciężko stwierdzić – odpowiedział fotograf – tutaj jest wszystko zatarte, same dzieci, wygląda to tak jakby same się w zabawie… – taki stary a takie bzdury lecie – walnął go czapką w tył głowy
sierżant – może i tu jest Polska, ale na pewno nie Afryka, dzieciaki się bawiły i coś ich zaskoczyło, nic więcej – dodał stanowczym tonem piorunując młodzika oczami. – Na pewno nie ma żadnych innych śladów, jakichkolwiek dookoła? – zamruczał niskim tonem – ja tam się zajmuje tylko tym miejscem, idź do innych, może coś znaleźli – skończył mówić fotograf i ustawił się do sierżanta plecami strasznie pochłonięty swoją pracą – dobra, to na razie szwagier, jeszcze potem pogadamy – sierżant nacisnął czapkę na głowę i odszedł dalej.
Pod drzewem zebrana była grupka techników w okularach, część robiła zdjęcia z każdego kąta, część przy pomocy miar i linijek odmierzała materiał dowodowy, nikt nawet nie zauważył obecności sierżanta pochłonięci w swojej pracy. – Tyle ludzi a nikt nic nie wie – powiedział głośno i znowu dobitnie sierżant – czy ktoś może mnie czymś tu zaskoczyć, czymkolwiek wnoszącym coś do sprawy? – przestraszeni okularnicy odskoczyli do tyłu odwracając się gwałtownie. Po chwili znowu wrócili do swoich spraw, jednak jeden z nich cofnął się stając obok sierżanta i końcem długopisu wskazał na pień drzewa. – Ta rysa, widzi pan – człowiek żarówka wskazał długopisem – ona nie jest naturalna, nie należy do faktury drzewa, tak jakby coś ją zrobiło i czas wyschnięcia faktury zgadza się z czasem zdarzenia – dokończył. – no, wreszcie coś przyciągnęło moją uwagę, opowiadaj więc na głos, mną się nie przejmuj, pochodzę i ją popodziwiam – Sierżant rozpiął guzik od koszuli, odetchnął i zaczął się przyglądać – no więc – podjął temat okularnik – to wygląda tak jakby ta blizna na korze zrobiła się od góry, jak piorunem, o tak – przeleciał w powietrzu długopisem opierając go o pień drzewa – i to z dużą siłą, cięcie jest całe, nieposzarpane i równomierne, w pełnej prędkości – dokończył technik w okularach – czyli rąbnięcie siekierą na skos odpada – skwitował krótko sierżant – ciekawe, to trochę wygląda jakby piorun walną w drzewo i ślad pozostał, nie czuć jednak tutaj tego specyficznego iskrzenia w powietrzu… no i cały dzień był prawie bezchmurny, ani śladu burzy. – Nie wiem co o tym myśleć panie sierżancie – zająkał się technik – gdybym miał snuć domysły to jakiś wielki orzeł mógłby spokojnie rozorać taki pień, ale wiemy ze roki zdolne do polowania na zwierzęta wielkości dzieci wymarły dawno temu, a nasi bioinżynierowie jeszcze nie są w tak zaawansowanym stadium żeby odtworzyć… – Dość – skrócił wykład sierżant – nie ma co historii tworzyć, póki co z tego co tu widać wiemy że nic nie wiemy, a dzieci nie żyją, nie które dosyć brutalnie – zaczął mówić dalej prostując się i podchodząc do technika – są jacyś świadkowie zdarzenia? – Jjjeden, jeden dzieciak przeżył – obrócił się nerwowo technik, przełknął ślinę i mówił dalej – ale nic się nie dowiemy z niego, cały czas leży skołowaciały w domu, jedyne co z bełkotu usłyszałem to to że za późno przybiegł i nic nie widział jak to się stało, no, to wszystko – dodał. – Mało, jak zwykle początkowe informacje to za mało żeby się czegoś dowiedzieć. Mogło dojść tu do jakieś eksplozji, albo tąpnięcia w ziemię – zaczął sierżant podpierając się na boki – w konsekwencji część dzieci zmarła od razu od wydarzenia albo od odniesionych ran, część myśląc że da radę, pewnie zaczęła atakować to coś i zginęli również, inne co rzuciły się do ucieczki nie zdążyły odbiec daleko i dostały czymś po plecach aż wszystko z nich wyleciało – pokręcił chwilę głową sierżant i odchrząknął – śladów nie ma, oprócz tej tu szramy na pniu, poświadczającej o dużej sile i precyzji uderzenia, ale to nie musi być złożone – ciągnął dalej – wiemy że drony wojskowe nie muszą długo lądować a zwykłe pociski w karabinach montowanych na pokładzie spokojnie mogą rozorać tak równo ten pień. W efekcie wyszłoby na to że za zdarzeniem stał ktoś sterujący zdalnie sterowanym obiektem latającym, który wysadził bazę dzieciaków biorąc ją za wrogi obiekt i pozabijał te dzieci w celu obrony, więc mogła to być zwykła pomyłka wojskowa… albo ktoś chce byśmy tak myśleli – zatrzymał się w mówieniu na chwilę – Czyli – podjął z trudem dalej – ktoś zdalnie przy pomocy obiektu latającego rozpieprzył w puch dzieci i ich zabawę, przypadkiem albo i nie, jak zwykle kilka opcji – dokończył patrząc w niebo w kierunku prawie zachodzącego słońca – Coś masz do dodania? – Ja, nic – podjął zacinając się na sylabach technik – najbliższa baza wojskowa w której mogliby trzymać taki sprzęt do szkoleń byłaby w Toruniu, za Wisłą patrząc od naszej strony – No, to zawsze jakiś trop, dokończcie mi tu wszystko, macie mi zabezpieczyć każdy szczegół i ślad stóp w promieniu stu metrów, ja się przejadę jutro rano do tej bazy wojskowej, może wiedzą coś więcej. W końcu – dodał odwracając się i idąc w kierunku samochodu – od czegoś trzeba zacząć chłopcy.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Podziel się ze znajomymi: