Uniwersum Wiedźmin – Inny Świat – Opowiadanie „Nie ma żadnych potworów!”

Mały Paweł zupełnie inaczej wyobrażał sobie jednostkę wojskową. Zamiast czołgów i śmigłowców do których przyzwyczaiły go gry komputerowe, widział tylko przeorany poligon, pociętą lejami, okopami łąkę i parę budynków na krzyż. A to wszystko obwiedzione fragmentem sosnowego lasu. Od czasu przejścia przez bramę jednostki nie odstępował ojca na krok, ale musiał szybko machać drobnymi nogami żeby dorównać mu kroku. Wojskowy na widok legitymacji nawet się nie wzruszył, zwyczajnie przepuścił jego ojca o niego samego nawet nie pytając i wrócił do stróżówki, dalej czytając Heidegger’a w oryginale. Sierżant wszedł do pierwszego z brzegu budynku i zaraz potem do sekretariatu obiektu – Dobry – kiwną głową do pochłoniętego pracą urzędową oficera – Dowódcę jednostki, gdzie znajdę? – Ten nie odrywając wzroku od monitora – Na poligonie, pilnuje batalionu artyleryjskiego – Dziękuję żołnierzu – odpowiedział i nie czekają wyszedł, syn podreptał za nim. Nie długo potem eksplodował pierwszy ładunek odbijający się falą dźwiękową od budynków garaży. Minęło trochę czasu zanim ostatecznie wypatrzył wzrokiem dowódcę, nie podszedł jednak do niego samego, zaczekał przy garażach nieco na uboczu, mając jednocześnie dowódcę w zasięgu wzroku. Ten nie od razu zwrócił uwagę na podejrzanego cywila, wysłał najpierw jednego z żołnierzy – Cywilom wstęp wzbroniony, proszę opuścić teren poligonu – zagrzmiał żołnierz, nie dotykając jednak broni – Sierżant Grzegorz Gałęziewski, wydział zabójstw, ja do dowódcy – Odpowiedział sierżant patrząc żołnierzowi w oczy. Ten chwilę tak postał, oboje mierzyli się wzrokiem aż w końcu cofnął się i odwracając na pięcie wrócił do dowódcy, który po chwili zarządzając przerwę podszedł do sierżanta. – Pułkownik Władysław Słojowicz, dowódca sił kompanii środek, aktualnie główny zarządzający poligonem jednostki. W czym mogę panu pomóc? – Odpowiedział sucho i niedbale. – Prowadzę sprawę morderstwa grupy dzieci ze szczególnym okrucieństwem, proszę pana. Proszę mi powiedzieć… – Zaczął temat ale urwał na chwilę – Co? Dobra, nie przeszkadzaj mi tera ja tu pilną rozmowę prowadzę! – Ryknął dowódca do jakiegoś piechura, który był miał donieść do działa zapas pocisków. Tak, tak słucham pana. – odwrócił się i spojrzał w oczy sierżantowi – W czym pomóc? – Nie było tu jakiś czas temu na poligonie ćwiczeń dronów bojowych, albo nie zniknęły wam jakieś sztuki po ćwiczeniach na poligonie? – dokończył w końcu sierżant. Dowódca spojrzał znowu w oczy i zamyślił się. – Loty bezzałogowcami na poligonie to mieli jakieś dwa tygodnie temu – odparł dowódca – nic mi nie wiadomo o zniknięciu, ale nie sprawdzałem – dokończył. – Wie pan co? – odparł jednak po chwili w zadumy – pójdzie pan ze mną, dla spokojności duszy i ciała pan się upewni a ja będę spokojniejszy, o to nie daleko, ten budynek – wskazał budynek sekretariatu łudząco podobny do tego w którym byli pierwszy raz. – I ruszył wojskowym krokiem do wejścia. W międzyczasie Grzegorz z synkiem który nie odchodził na krok od dorosłych, byli świadkami jak wyklepujący błotnik żołnierze uspokajali nie jakiego Andrzeja, krzyczącego wniebogłosy „A kto kierowca kurwa jest?!”. Nawet mały Pawełek zaśmiał się cicho z tej sytuacji. Po chwili cała trójka była już w budynku urzędowym. – Kapral Górski? Gdzie te akta sporządzone z poprzedniego poligonu dla bezzałogowców? – zagrzmiał kapralowi tak że ten mało się nie rozpłakał. W szafce obok, z aktami innych raportów. – zająkał się kapral. – To czego mi tu stęka? Już na jednej nodze po raporty! – wydarł się tak że reszta oficerów w pokoju aż podskoczyła z wrażenia. – Pan wybaczy sierżancie – odrzekł dziwnie spokojnie dowódca do rozmówcy – straszny tu burdel mamy, nikt nie robi tego co do niego należy. O są w końcu, co tak wolno leserze, co tu tak sterczy, już wynocha! – Ryknął znowu dowódca na kaprala który wyszedł z pokoju, nie wiadomo dokąd. – Tak, co my tu… strzelanie do celów, lista obecności.. cele ruchome, to nie, cele statyczne, nie, nie nie, brak strat w sprzęcie, trening przeprowadzony bez problemowo, nic ciekawego, stan jednostkowy… tak, przed treningiem, po treningu, data spisania raportu, wszystko się zgadza. Może pan zobaczyć, absolutnie nie ma się czym martwić, jeśli nawet coś może być na rzeczy, to na pewno nie od nas. – Grzegorz trzy razy czytał raport sprawdzając dokładnie stan liczbowy. – Faktycznie wszystko się zgadza – pokiwał głową. – Przepraszam za kłopot dowódco, i dziękuję za pomoc. – Nie ma za co sierżancie, od tego tu jesteśmy. Dokładnie od tego.

Tato to co teraz zrobimy? Spytał nie śmiało Pawełek, kiedy ruszyli samochodem z powrotem na komisariat główny. – Teraz? – odpowiedział pytaniem ojciec – nic. Teraz musimy pojechać na komisariat sprawdzić czy technicy opisali materiał dowodowy, ale najpierw muszę cię odwieźć do szkoły, to nie będzie dla dzieci – To dobrze że nie dla dzieci, ja tu żadnych dzieci nie widzę – odparł Pawełek i pociągnął nosem. Ojciec zastygł w milczeniu i uśmiechnął się pod nosem – Te zdjęcia mogą nie być przeznaczone dla ciebie, na pewno chcesz jechać ze mną? – zapytał ostrożnie sierżant – Tak, jak inaczej mam się nauczyć wykonywać twoją pracę? – spojrzał w twarz ojca synek. Ojciec ruszył brwiami i tylko parsknął wydychając głośno powietrze, uśmiechając się następnie pod nosem. – Tylko niczego nie komentuj, bo cię w areszcie tymczasowym zamknę – nic nie powiem, absolutnie – odpowiedział synek śmiesznie akcentując ostatnie słowo. Grzegorz uśmiechnął się parskając śmiechem. Było prawie południe.

Oświećcie mnie panowie, bo sam nie wiem co tu się dzieje – rzucił sierżant do techników kiedy przyjechał razem z synem na komisariat. – Zakładam że wizyta w jednostce nic nie wykazała – rzucił jeden z techników wyciągając wielką kopertę z szarego papieru i rozkładając zebrany materiał dowodowy na szklanym stole. Sierżant nic nie powiedział, oparł się tylko dłońmi o blat i patrzył tępo w zdjęcia i wyniki ekspertyz jak sroka w gnat, całkowicie nic nie rozumiejąc. – Co wam się kurwa stało chłopaki, kto was zabił? A może wasza głupota? – rzucił sierżant nie patrząc na nikogo – Dzieciaki są głupie i nie często ryzykują śmiercią w głupi sposób, sam przyznaję – zaczął technik nie przerywając dalszego rozkładania – ale nie do tego stopnia. Tym czasem mały Pawełek, który już nie pierwszy raz obserwował ojca przy pracy, cichutko przystawił sobie taboret do stołu i wlazł na niego obserwując z zaciekawieniem zdjęcia dowodów, przysłuchując się jednocześnie rozmowie. Przy zdjęciu tego co zostało z dzieci przełknął głośno ślinę – Mówiłem mały że to nie miejsce dla ciebie, odwiozę cię do szkoły jak tylko skończymy – nie nie, nic mi nie jest – odpowiedział ojcu synek wzdrygając się przez chwilę i kręcąc głową. Otworzył następnie oczy i przyciągnął do siebie kilka zdjęć, bacznie je obserwując – Spójrz szefie tutaj – powiedział technik do sierżanta – za twoim rozkazem obcykałem chyba każde źdźbło trawy i ziemię w promieniu pół setki metra dokładniej niż satelita, co się przy tym na wyzywałem to moje – zaśmiał się sucho technik, kaszląc – ale te ślady nie dają mi spokoju – pokazał zdjęcie sierżantowi, Paweł udając skupienie na zdjęciach próbował rozdzielić uwagę słuchając rozmowy z większym zaciekawieniem. – co to za gów.. ślad – poprawił się w ostatniej chwili sierżant patrząc krzywo na syna – Nie wiem, szefie, to tak trochę wygląda jakby komuś kury z woliery pouciekały – Ehe, i nauczyły się latać w pół dnia – wycedził sierżant kręcąc głową – Wrzuciłem do komputera ale nic nie wypluł, takich śladów po prostu nigdy nie spotkaliśmy – skończył mówić technik i zasępił się nad zdjęciami – czyli wiemy mniej niż przedtem – podsumował sierżant nabierając powietrza i ciężko opierając się o stół. Myśleli tak w ciszy, gapiąc się w zdjęcia i czekają na jakiś przejaw cudu myślenia i idei, jednak żaden z obecnych ludzi nic nie powiedział. – to wygląda jakby coś leciało z powietrza prosto w te takie domki i prędkością rozorało to drzewo a potem walnęło o tu, w sam środek, ale to prawda tak? – odpowiedział nagle Pawełek w przebłysku dziecięcego geniuszu. Sierżant zasępił się, wziął zdjęcie pokazujące dalszy profil i zaczął wodzić palcem po zdjęciu to z nieba na ziemię to odwrotnie, przekrzywił śmiesznie głowę – bajki opowiadasz synek, nie ma czegoś takiego co mogło zrobić takie szkody – rzucił synowi sierżant. Paweł pociągnął nosem – Ale to musi być prawda, zobacz to zdjęcie, o a tutaj, fragment tej samej stopy zatarty co tam na zdjęciu patrzeliście – powiedział dalej z wyrzutem dzieciak nakręcając się swoimi myślami – O on tutaj tak wylądował, ziuuuu przed drzewo prosto w ziemię, grzmotnął plackiem na środku aż ci tutaj odlecieli odrzutem, o tak. A tu o, kolejny kawałek, i dalej zatarte albo nic nie ma bo odleciał z powrotem, dlatego tam nie ma śladów bo się urywają, tato, tak! – Co ty wygadujesz za głupoty synek – pokręcił głową sierżant z litością nad dziecięcą wyobraźnią – Nawet jeśli miałbyś rację, to takie coś jest fizycznie niemożliwe! – rzucił głośno tonem zakończenia dyskusji – ale dlaczego tato to ma być niemożliwe, dlaczego nie może to być jakiś potwór? – zapytał Pawełek zaczynając płakać przestraszony tonem głosu ojca – A dlatego – wziął oddech przerywając na chwilę – że nie ma żadnych potworów! Nie ma! Nie istnieją! To tylko nasza głupia wyobraźnia i percepcja podpowiada nam takie obrazy! Nie ma żadnych potworów, magii ani żadnych innych metafizycznych śmieci! – Pod koniec zaczął krzyczeć. Pawełek skulił się w sobie z rękami w pozycji jakby chciał przycisnąć do siebie nie widzialnego pluszowego misia. Ojciec odwrócił wzrok, sapnął i wpił się w stos zdjęć i tabelek z ekspertyzami. Pawełek spojrzał na zdjęcie okolicy, nagle pociągając głośno nosem zapytał – Tatuusiuu – zaczął – nie przeszkadzaj cholero – warknął do syna ojciec – a co to tutaj jest takie świecące, okrągłe o tu nad tymi śmiesznymi zębami przypominającymi kamienie, co to tutaj jest? Technik i sierżant spojrzeli po sobie i zmrużyli oczy. Podsunęli zdjęcie pod elektroniczną lupę, technik wstukał komendy i powiększył obraz dookoła kopuły. Sierżant spojrzał w zdjęcie, oczy mu zabłysły. – Tatusiu, co to jest? – zapytał znowu mały Pawełek – odpowiedziała mu długa cisza. – Nie wiem Paweł, nie wiem co to jest – odpowiedział powoli sierżant. – To wygląda jak obserwatorium, podobne do tego planetarium co jest w Toruniu – powiedział wolno po chwili technik. Wszyscy trzej patrzyli się tępo w jeden punkt na zdjęciu. Punkt przypominał wielokolorową bankę mydlaną.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Podziel się ze znajomymi: