Uniwersum Wiedźmin – Inny Świat – Opowiadanie „Nie ma żadnych potworów!”

Samochód mknął po podmiejskiej drodze, która prawie nie miała ruchu ulicznego. Słońce biło ciepłem wysoko na niebie, przesłaniane jednak przez małe białe chmurki skutecznie dające cień i rozpraszające pierwsze uderzenie gorąca. Sierżant prowadził swój samochód, opierając łokieć na otworzonym oknie, A Pawełek siedział na przednim siedzeniu pochrapując co jakiś czas sennie. – Tato, daleko jeszcze? – zapytał kolejny raz wybudzając się po bujaniu samochodem – Jesteśmy w połowie drogi, śpij dalej jeśli możesz – odpowiedział sierżant zasłaniając pięścią usta i szeroko ziewając. Pawełek nie zasnął jednak, oparł się o drzwi i oglądał mijający za oknem krajobraz. – A po co w ogóle jedziemy do tej wieży? – zapytał. – jest to według tego zdjęcia jedyny punkt w tamtej wsi, który miał widok na miejsce zbrodni, nie wiem dlaczego go przeoczyliśmy, ale mógł widzieć to co się wydarzyło, zakładając że nie jest niezamieszkała – wyjaśnił synowi ojciec. – A co jeśli okaże się że to naprawdę jakaś bestia? – Zapytał chłopiec ze strachem – Synku, widziałeś zdjęcia, nie może istnieć żadne straszne coś co by zrobiło takie obrażenia i szkody, to bajka, zapamiętaj sobie. Tak jak ta twoja gra w którą grasz… – trzecia część wiedźmina, dziki gon – wyjaśnił szybko ojcu synek, zupełnie nie potrzebnie – Nie wiem, może. Ale to bajka, wymyślona przez pisarza czy innego artystę, a nawet cały sztab ludzi po to żeby ludzie mogli się pobawić i zająć czas, tak jak i ty po odrobieniu lekcji, prawda? – Zapytał na końcu ojciec – Tak tato – odpowiedział Pawełek. – Ale co jeśli – nie ma żadnego jeśli! – przerwał synowi ojciec – wiem, ale jednak, co jeśli coś nie istniejącego jednak istnieje, i to tak jakby żaden pisarz nigdy tego nie wymyślił, hę? – skończył szybko pytaniem Pawełek żeby ojciec nie zdążył mu przerwać. Nastąpiła długa cisza, przerywana gwizdem wiatru od mijanych na poboczu drzew i pachołków wyliczających odległość z numerem drogi. – Jeśli, okazałoby się że nie istniejące istnieje – powoli zaczął ojciec wymawiając wolno każde słowo – to nagle okazałoby się że wiemy że nic nie wiemy. A to by oznaczało że jesteśmy w ciemnej dupie – dokończył cicho tak żeby dziecko nie dosłyszało ostatniej inwektywy, uwadze jednak to nie uszło, bo synek zaśmiał się przez chwilę – co w tym śmiesznego? – zapytał zdziwiony ojciec patrząc cały czas na drogę – nic, dupa – odpowiedział i zaśmiał się. – Dupa, dupa, dupa i kamieni kupa, w internecie tak pisało. – wyjaśnił dalej. Ojciec nie ciągnął dalej tematu, samochód mijał właśnie znak drogowy z nazwą wioski Papowo.
Samochód sierżanta podskakiwał na pofałdowanej piaskowej ścieżce na łące. Sierżant z trudem omijał co większe dziury, denerwując się w duchu coraz bardziej na stan drogi. Jego syn miał odmienne zdanie, siedząc wyprostowanym na za dużym dla niego fotelu bujał się we wszystkie strony na każdej dziurze śmiejąc się przy każdym wychyleniu. Po zwróceniu uwagi, sierżant przestał przezywać w duchu cokolwiek co tę drogę zrobiło, w sumie od tego dziecięcego śmiechu poprawił mu się humor, i jechali tak jakiś czas dalej aż w końcu na widnokręgu pojawił się brzeg lasu z wieżą zakończoną kamiennymi zębami i szklaną kopułą, odbijającą z drugiej strony leżące niżej jezioro. Pawełek patrząc na to aż westchnął, i bujał się dalej. – Czego to ludzie nie wymyślą – mruknął do siebie sierżant. – Co w mózgu, to w ręcach – powiedział niezrozumiale Pawełek – rany, ale hardkor, musimy to kiedyś powtórzyć tato! – zaśmiał się chłopiec – może kiedy indziej, pamiętaj że jesteśmy tu na służbie, więc trochę powagi od ciebie wymagam – wyjaśnił Grzegorz – Dobrze tato. – odpowiedział Pawełek. Samochód skręcił w bok, zatrzymał się na małej trawiastej polance tuż obok wieży. Gdy sierżant wyszedł z samochodu na twardy grunt , przez parę sekund zakręciło mu się w głowie i już myślał że zwymiotuje przydrożną porcję frytek, ale na szczęście przeszło. Chłopiec natomiast, swoimi małymi rękami, niezgrabnie otworzył drzwi, wyszedł z samochodu, i zamykając drzwi rękami ponad głową zakręcił się z szeroko uniesionymi rękami i przewrócił się na ziemię cały czas się śmiejąc. – Paweł, to nie czas na zabawę – skarcił go ojciec gdy do niego podszedł wyciągając rękę – W głowie mi się kręci, ale fajnie! – powiedział wesoło chłopiec i złapał się obiema rękami za silną rękę ojca. Ten szybko go podniósł i ustawił do pionu. – Dobra, idziemy, tylko cicho i więcej powagi, nie przynieś mi wstydu – pomachał palcem ojciec – dobrze tatusiu – pokiwał małą główką chłopiec. Oboje ruszyli do drzwi wieży, sierżant odetchnął głęboko rozglądając się po budowli, jednak nie zauważył z zewnątrz niczego specjalnego. Domofonu ani dzwonka tez nie. Podszedł jednak do drzwi i najzwyczajniej w świecie zapukał. – Halo, jest tam kto? – zawołał głośno sierżant pukając do drzwi – otwierać policja! – powiedział głośniej waląc co drzwi. Nikt nie otwierał. Chłopiec rozejrzał się dookoła i zrobił kilka kroków chcąc zobaczyć co jest z boku budowli – gdzie idziesz, choć wracaj bo się zgubisz! – skarcił syna sierżant, w tej samej chwili za drzwiami słychać było czyjś głos. – Kto tam i czego tu chce? – w głosie mężczyzny słychać było akcent na środkowe części wyrazu, i nosowe wymawianie poszczególnych głosek – sierżant Grzegorz Gałęziewski, policja, wydział zabójstw. Prowadzę sprawę morderstwa. – Nikogo nie zabiłem! – Odkrzyknął nerwowo mężczyzna – właśnie to chcemy ustalić i ewentualnie potwierdzić, otworzy pan czy mam użyć siły? – zasuwy szczęknęły i drzwi otworzyły się głośno piszcząc w zawiasach. – W takim razie proszę wejść miły panie – powiedział mężczyzna. Sierżant wszedł do pomieszczenia, szybko oglądając się za synem, ale ten jak na komendę trzymał się ojcowskiej nogi. Weszli do pierwszego pomieszczenia, dosyć wysokiego o tak samo okrągłych ścianach jak to sugerowało pierwsze wrażenie, na wprost były schody przylegające do ściany, wijące się dookoła, prawdopodobnie prowadzące na wyższe piętra. Poza tym była tu tylko jedna kanapa narożna z pufami, naścienny telewizor i trochę mebli z zastawą, nie mówiąc o kilku porozwieszanych obrazach w miejscach, które jak się zdawało, miało domurowaną płaską powierzchnie dla równego przylegania obrazu do ściany. – Miło tu u pana, ciasno, ale miło – stwierdził sierżant. – A i dziękować za komplement szanownego gościa – podziękował mężczyzna – A, bym zapomniał – uniósł prawicę w geście przywitania – Albrecht Hohenzollern. Młodszy, trzeci – dodał na końcu Albrecht w geście przywitania – Nieco dziwne nazwisko, czy to nie on był związany… – zaczął sierżant, ale Albrecht natychmiast mu przerwał – Ostatnim wielkim mistrzem zakonu świętej Marii domu domu krzyżackiego w Jerozolimie, tak. – Grzegorz patrzył na Albrechta zbaraniały – myślałem że zakonnicy tak samo jak księża nie mogli mieć dzieci – Zakaz jak zakaz, drogi gościu – zaczął Albrecht – Po pierwsze nie jestem z nim spokrewniony bezpośrednio a przez inną linią potomków, i jakoś to nazwisko pasowało z imieniem, przypadek. – Kontynuował dalej – ale, tu po drugie, to nadal nic nie zmienia kiedy zakonnikami byli zamknięci w celi mężczyźni z innymi. – Dokończył grzecznie i uprzejmie. – Aha – pojął sierżant – znaczy spokrewniony. Albrecht skłonił głową, dziwna czapka na głowie nawet się mu nie ześlizgnęła. – To w czym mogę pomóc panie Grigoriju? – Zaczął po dłuższej chwili milczenia Albrecht – Grzegorz, tak. – odpowiedział sierżant. – Prowadzę śledztwo w sprawie zamordowania grupy dzieci właśnie ze wsi tu pod pana lasem, a ze zdjęć miejsca zbrodni zauważyliśmy że pańska kopuła miała najlepszy widok na owe miejsce zbrodni, czy widział pan lub w jakikolwiek inny sposób mógł pan zarejestrować przebieg wydarzeń? – dokończył z naciskiem sierżant. Albrecht zasępił się – Niestety – zaczął po chwili – nie mogę pomóc. Tamtego dnia nie byłem na tarasie widokowym, tylko pracowałem w warsztacie przy maszynach, radio słuchałem dosyć głośno to też nic nie słyszałem. – wyjaśnił sprawę Albrecht – rozumiem – pokiwał głową Grzegorz – nie mniej, czy moglibyśmy wejść na pański taras widokowy choćby po to by zobaczyć skalę widoku i porobić zdjęcia pleneru? – zapytał sierżant. Albrecht milczał długo – Proszę bardzo – powiedział po dłuższej ciszy – Chodźcie za mną, tylko ostrożnie, te schody są trochę wąskie, o tu – otworzył drzwi na schody i pomaszerował na górę – Paweł, tutaj, nie dotykaj tego powiedziałem – skarcił syna ojciec – Proszę go nie karcić – powiedział spokojnie Albrecht – to całkiem zrozumiała dziecięca ciekawość. Niech sobie dotyka, tylko niczego nie zabiera – dodał. Paweł szybko podszedł do ojca robiącego zdenerwowaną minę, i poszli razem po schodach na górę za gospodarzem.
Grzegorz widział w życiu wiele zamków przerobionych na muzea do zwiedzania, ale czegoś takiego jeszcze nie. Przestrzeń tarasowała sprawiała wrażenie większej niż w rzeczywistości, kopuła sterylnie czysta, absolutnie nie zasłaniała żadnego elementu krajobrazu, a stojący na środku teleskop był ogromny. Grzegorza zainteresowała jednak ciekawa lornetka stojąca tuż przy blance strzelniczej wieży, obok leżały jakieś zapisane długopisem kartki, co było dziwne jak na pomieszczenie z taką ilością komputerów, tabletów i innych równie ciekawych urządzeń. Albrecht, szybkim krokiem podszedł do lornetki i schował za pazuchę swoje notatki. – Ale fajne, to działa? – powiedział nagle chłopiec z drugiej strony rysując palcem po kartkach z wyrysowanymi schematami dziwnych konstrukcji – Tego nie wolno, praca naukowa, tajemnica państwowa – powiedział szybko chowając sprzed nosa chłopcu swoje schematy – nic nie widziałeś chłopcze, bo cię źli panowie znajdą i – dobra, dobra, bez takich panie Albrecht – dokończył za niego sierżant. – Mieliście robić te zdjęcia, to róbcie i wychodźcie szybko, ja tu mam dużo pracy! – powiedział głośno gospodarz. Sierżant wyciągnął mały aparat cyfrowy i zaczął robić zdjęcia okolicy w kierunku miejsca zbrodni. Paweł natomiast podszedł do krawędzi wieży opierając się dłońmi o kopułę. Musiał stawać na palcach żeby widzieć coś ponad kamienną konstrukcję wykończenia wieży. Krajobraz był piękny, blade chmurki płynęły po niebieskiej tafli nieba, małe jezioro odbijało światło słońca mieniąc się jak diamenciki, po łące biegały zwierzątka, króliki, sarenki, latały kruki a nawet jakieś żółwie. Chłopiec obejrzał się i przylgnął nosem do kopuły, ojciec był pochłonięty rutyną pracy, gospodarz porządkował mały regalik z książkami który trzymał tu obok krzesła pod wielkim teleskopem. Coś się nie zgadzało, te wszystkie zwierzątka były jakieś dziwne. Podszedł do lornetki i sprawdzając czy Albrecht na niego nie patrzy spojrzał przez nią stając na palcach i nakierowując na dół na łąkę. To co zobaczył przestraszyło go, ale zaraz potem zafascynowało. Popatrzał na ojca cały czas robiącego zdjęcia i spojrzał jeszcze raz na biegające po łące i pod lasem zwierzątka.
Bo to wcale nie były zwierzątka.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Podziel się ze znajomymi: