Uniwersum Wiedźmin – Inny Świat – Opowiadanie „Nie ma żadnych potworów!”

Las szumiał leniwie, lekki wietrzyk kołysał gałęziami, nie czuć już było upalnego skwaru słońca na bezchmurnym niebie.
Po pożegnaniu się i opuszczeniu wieży gospodarza będącego Żydem niemieckiego pochodzenia albo Niemcem żydowskiego pochodzenia, Sierżanta ogarnął niczym nie dający wyjaśnić się strach. Wprawdzie był człowiekiem, który nie jedno w życiu widział, i zwyczajnie, czasami wmawianie samemu sobie że nic się nie stało i tak już musi być dodawało mu otuchy. Teraz tak nie było. Gdy Pawełek wybiegając z domu prosił go o wyjście do lasu, zgodził się od razu. Chciał oddychając leśnym świeżym powietrzem podczas spaceru między drzewami spróbować zmienić myśli, żeby chociaż trochę lepiej się poczuć. Dużo mu to nie pomogło. Uczucie bycia obserwowanym nie zniknęło nawet gdy weszli w gęsty las. Pawełek jednak był jak żywe srebro. Wymachując najprostszą gałęzią jaką udało mu się znaleźć, uderzał raz po raz w każdy pień sosny jaki napotkał. Czasem tylko wykonał jakiś piruet czy wypad, a sierżant z uśmiechem patrząc na radosne dziecko, zastanawiał się nawet gdzie on się tak machać nauczył.
I uśmiechnął się jeszcze mocniej.
Leśna okolica była cicha, jedynie szum koron drzew uderzał miękkim dźwiękiem w uszy, wprawiając człowieka w bezmyślny błogostan. Idąc tak krok za krokiem, wyrwał się szybko z letargu oglądając się za siebie gwałtownie. Dookoła nie było widać ani słychać Pawełka który jeszcze chwilę temu biegał od drzewa do drzewa badając trupy i ślady jak na prawdziwego myśliwego przystało. Sierżant krzyknął raz, nikt się nie odezwał. Krzyknął drugi raz. Odpowiedziała mu tylko cisza. Rozejrzał się nerwowo łapiąc się za głowę. Patrzył wszędzie, stojące drzewa, krzaki leszczyny, obalone pnie leżące na krawędzi łagodnego dołka między pagórkami. Gdy za pniem coś się poruszyło, sierżant zbladł. Wypatrzył jednak fragment koszulki Pawełka i pobiegł szybko w tym kierunku krzycząc. Stanął za chwilę dysząc ciężko. – dlaczego się nie odzywałeś, trzeba było mówić co się stało! – skarcił synka ojciec dysząc ciężko i poklepując się po sercu w zadyszce – Tato, tato, kupa! I co byś powiedział? – odpowiedział spokojnym tonem Pawełek. Sierżant nie odpowiedział, patrzył się jedynie w plecy syna kucającego na ściółce i bawiącego się czymś przed nim. Uspokoił się na tyle żeby podejść dalej i wziąć synka za rękę do samochodu. Nie zrobił tego jednak, gdy podszedł bliżej dziecka, zobaczył czym było to coś czym się bawi. Sierżant zmrużył oczy, obejrzał się gwałtownie dookoła, kucnął obok syna w identycznej pozycji. – Ludzie to jednak debile – powiedział głośno sierżant do syna – tyle śmietników dookoła a co niepotrzebnego to i tak wyrzucą do lasu i to tak by nikt nie zauważył. Ekologia psia mać, śmietnik na każdym rogu, a oni nadal wyrzucają – dokończył i splunął na ściółkę.- Ja to widziałem już wcześniej tatusiu – odpowiedział nagle synek patrząc się na to coś leżące pod nimi, a oczy mu aż się świeciły. – Tak, pewnie w śmietniku u nas na końcu ulicy, chodź, idziemy – skrócił rozmowę ojciec -ale naprawdę to widziałem, tam u góry jak ty robiłeś zdjęcia, ja sobie popatrzyłem przez lornetkę i dokładnie takie coś kicało po trawie! – powiedział Pawełek do ojca z wyrzutem. – Wydaje ci się bo rośniesz – skończył szybko ojciec – choć, idziemy do samochodu, zanim wrócimy będzie ciemno, a trzeba iść spać – zaproponował ostro sierżant – nie chce mi się spać – odparł syn wyrywając jego rękę z dłoni ojca – to nie czas na marudzenie, nic tu po nas dzieciaku, to nie jest ta twoja gra, jak to sobie wyobrażasz, ta twoja zabawka mogłaby pozabijać dzieciaki? Ty głupi jesteś? – zapytał ojciec pod koniec już coraz bardziej krzycząc. Chłopiec nie odpowiedział, stał tylko jak wryty, zanosząc się płaczem, ale próbując po męsku powstrzymywać każde kolejne łzy i wycie. Wyglądało to na tyle zabawnie że ojciec zmienił nastrój i uśmiechnął się. – No chodź, idziemy, nic tu po nas. – chłopiec nic nie powiedział, nie wziął ojca za rękę, tylko podreptał za nim małymi krokami. Sierżant szedł dalej, zaczął wspinać się na czworakach po trawiastym zboczu, jego syn robił to samo, przestając już płakać. Wspinali się tak jakiś czas nie podnosząc głów do góry. – Tato – powiedział nagle Pawełek – Co znowu – odpowiedział ojciec znudzony ciągłymi pytaniami – a to co to jest? – zapytał ojca syn – Nie wiem, nie obchodzi mnie to – skrócił rozmowę ojciec – No to tam, na górze, to tak stoi jeden obok drugiego – powiedział Pawełek cofając się ze zbocza do tyłu. Sierżant podniósł głowę, na skraju zbocza stały obok siebie, podobne do tego leżącego na dole, króliki. Nie wyglądały jednak jak typowe króliki, metalowe ręce połączone z kanciastym tułowiem, oczy będące dwiema kamerkami poruszały się na łożyskach w lewo i w prawo, z tyłu na plecach, miały na sobie płaskie arkusze czegoś ciemnego, wyglądające na ogniwa słoneczne, a zamiast małego króliczego ogonka mały wiatraczek. Sierżant zaśmiał się – Ty to masz wyobraźnie synku, ktoś tutaj zrobił sobie dzikie wysypisko zabawek, a ty już że potwory – śmiejąc się ojciec próbował wspinać się dalej. Na gałęzi drzewa niedaleko usiadł kruk. Zmęczony wspinaczką sierżant spojrzał na ptaka, który swoją istotą przypominał bardziej właśnie króliki stojące przed nim. Kruk jednak ruszał się, poprawiając ułożenie skrzydeł, patrzył na niego kamerkami w metalowych oczodołach ruszając dziwnie głową – Tato, co się dzieje – zapytał Pawełek cicho. Sierżant przełknął ślinę – nic nic, synku, złudzenie nic się nie stało – odpowiedział i zszedł z trawiastego stoku – chodź, idziemy inną stroną, nie chce mi się tędy wspinać – dodał popychając synka przed siebie. Gdy odeszli już parę kroków, ojciec obejrzał się za siebie oceniając co to mogło być. I w tej samej chwili usłyszał głośny alarm wydobywając się z kruczego dzioba. Mechaniczne króliki jak jeden mąż ruszyły za nimi – Biegnij, biegnij już! – krzyknął ojciec do syna – nie odwracaj się! – fala małych mechanicznych królików niczym tsunami płynęło falą w ich kierunku. Coraz szybciej.
Horda małych mechanicznych królików pod dowództwem kruka nacierała coraz bardziej. Sierżant biegł przez las popędzając co chwilę synka, który również nie odwracał się biegnąc ile sił w płucach. Cała sytuacja wyglądała by bajkowo gdyby nie twarze królików wyglądających jak z najbardziej psychodelicznych historii spisywanych przez psychiatrów po szpitalach. Wkrótce ucieczka się skończyła. Na wprost nich było porośnięte trawą strome wzgórze, dodatkowo z wielkim drzewem u podnóża. Ojciec wziął syna pod pachy i posadził go na wystającej gałęzi – właź na drzewo! – Ale tato… – zaczął syn, jednak ojciec przerwał mu krótko – właź i nie gadaj! – syn posłusznie złapał się gałęzi konaru, obrócił się dookoła i ustał opierając się dłonią o pień, chcąc być jak najwyżej stopami od kicających na dole małych bestyjek. Sierżant, spokojniejszy już o życie dziecka, wziął pierwszą większą gałąź jaką miał w pobliżu i zaczął odmachiwać się powoli otaczającym go dziwnym maszynkom. Pierwszy ruszył z lewej, Sierżant obrócił się i impetem uderzył lecącego w powietrzu mechanicznego królika nasadą gałęzi. Maszyna obróciła się do góry mechanicznymi nóżkami i spadła rozsypując się na śrubki z podkładkami. Z drugiej strony krwiożercze blaszane mikro bestie już ciągnęły go za nogawkę spodni warcząc blaszanym odgłosem. Wystarczyło jedno kopnięcie by i te stworzenia zamieniły się w zezłomowaną kupę oczyszczonej ziemi i przewodów. Kruk, siedząc na gałęzi obserwował całe widowisko kręcąc głową i kracząc co parę sekund. Kolejne grupy cyber królików ruszały do ataku mimo odmachiwania i śmierci uderzeniowej ich wcześniejszych pobratymców. Po krótkiej walce, część potworów odbiegła, nadal zostając w zasięgu wzroku otaczając sierżanta i przypierając go do drzewa. Za wzgórza dobiegło go złowieszcze cienkie wycie, i w pełnej prędkości wprost na niego wbiegły mechaniczne wilki. Sierżant nie ryzykował, jak tylko skoczyły na niego wywinął się bokiem i odskoczył dwa kroki. Wilki, czy raczej mechaniczne bestie owe wilki przypominające. Te wiedziały już jak atakować, w zakodowanej rutynie widać było ich sposób okrążania i wypatrywania dogodnej pozycji do ataku. Mechaniczne szczęki przypominające bardziej koparko-ładowarkę rozwierały się, a z metalowego pyska dobiegało złowrogie warczenie. Wilk ruszył, zwijając się do skoku i wybił się atakując oniemiałego sierżanta z góry. Ten, zrejterował po raz kolejny, i gdy wilk przysiadł na zadzie po skoku kopnął go w miejsce będące niczym innym jak tyłkiem, którego kopnięciem nie mógłby się nawet powstydzić najlepszy polski piłkarski strzelec. Odruchowo zapomniał że ma do czynienia z metalową puszką, która co prawda wgniotła się trochę, ale sprawiła przeszywający ból dwóch ostatnich palców stopy aż do śródstopia. Kulejąc, sierżant czekał na kolejny ruch. Wilki otaczały go z dwóch stron, wzajemnie się wspierając, gdzieś od tyłu dało się slyszeć ciche tąpnięcie. – Co robisz?! – krzyknął wyrywając się z oniemienia sierżant – Mały Pawełek jednak nic nie mówił, chwycił mniejszą gałąź jaką znalazł i odmachał się do jednego z królików, które powoli zbliżały się do ojca – Wracaj na drzewo, gówniarzu! – zwyzywał syna ojciec, jednak w tej samej chwili oberwał od szarżującego wilka przyciskającego go do ziemi. Synek gdy uporał się już z królikiem ciągnącym go za kostki, rozpędził się i z dziecięcym okrzykiem bojowym rzucił się na wilka próbującego dorwać się do ludzkiej krtani. Ojciec nawet nie zdążył krzyknąć, syn wyskoczył z jednej nogi, wyprężył się w powietrzu i wykorzystując impet wbił się nogami do przodu w wilcze cielsko, upadając ojcu na brzuch. Ojciec strącił go, szybko wstał i podszedł do wilka skacząc na niego od góry, stopami do ziemi nie dając wilkowi się ruszyć, aż znieruchomiał z upływu części a spod reszty metalu pociekł ciemny smar. Kruk zakrakał, ostatni na polu bitwy wilk zawył i podchodził już do chłopca, który cofał się do drzewa próbując uderzać wilka gałęzią w co popadnie. Ojciec nie czekał długo, przypominając sobie w sekundę wszystkie obejrzane w internecie filmy z wrestlingu i piłki amerykańskiej rozpędził się nabierając impetu, i tak samo jak syn, wbił się obiema stopami w ciało wilka. Sierżant upadł, a wilk, impetem uderzenia odleciał na pół metra i upadł na ziemię. Powoli wstał, kulejąc bez jednej nogi spojrzał dwoma rejestratorami na swojego przeciwnika. Ten nie czekał długo po tym jak wstał, i podszedł do wilka z gałęzią nad głową, uderzył szybko, znad głowy, skręcając tułowiem. Metalowa głowa oderwała się od korpusu i upadła na ziemię. Kruk kruczał dalej, reszta królików cofnęła się i uciekła, sierżant rzucił gałąź na ziemię. – Synek… – zaczął zdyszany ojciec ale odetchnął na chwilę – co ci kurwa odbiło? – powiedział w końcu do chłopca machając ręką. Chłopiec nic nie powiedział, oparł się o pień potężnego drzewa, zamknął oczy i uniósł głowę do góry. Stali tak oboje blisko siebie, dysząc, kruk kruczał dalej. – Zwijamy się młody – powiedział w końcu ojciec do syna – masz siłę iść? – chłopiec tylko pokiwał głową dalej głęboko oddychając. Wstał jednak i poszedł za ojcem patrząc ślepo przed siebie i drętwo machając nogami idąc do przodu. Kruk kruczał dalej. Aż w końcu coś zawyło. Potworny niski dźwięk świdrował w uszach aż musieli je sobie zasłonić. Z ciemnej strony lasu wybiegło coś kształtu goryla poruszającego się na dwóch nogach i podpierając się rękami. Goryl ten, był jednak wysoki na trzy metry, a po nabraniu rozpędu machnął wielkim porożem tak że aż wielkie drzewo pod którym jeszcze przed chwilą stali zakołysało się od podstawy. Następne drzewo, wąska sosna odfrunęła uderzona rogami jak wyrwana siłą huraganu wyrzucając korzeniami tumany ziemi. Sierżant stwierdził w myślach że jeśli coś jeszcze sobie wyobrazi to zaraz wyparuje na dobre, jęknął tylko i cicho powiedział – Boże, co to jest… – to wygląda na biesa – powiedział chłopiec stojąc jak wryty zafascynowany tym co nagle obejrzał. Bies wytarł przednią kończynę o ziemię gotując się do ataku i ruszył na stojące przed nim postacie. – Co to kurwa ma być, czwarta część wiedźmina?! – Ojciec nie czekał, wziął pod pachę nieruchomego syna i pobiegł ile sił w nogach do jaśniejącej części lasu. Bies nie zwalniał tempa rycząc co chwilę i torując sobie rogami drogę między wysokimi drzewami – Tato nic mi nie jest! – powiedział nagle chłopiec do swojego ojca. Ten jakby go nie słuchając biegł dalej podnosząc ze zmęczenia głowę do góry – Tato postaw mnie, ja mogę, ja mogę! – Chłopiec obrócił się w ojcowskim uścisku jak ryba i zleciał na ziemię stopami, ojciec podniósł go za ramię ale ten odrzucił rękę, pobiegł przed nim patrząc za siebie czy na pewno jeszcze tam jest – biegnij synu, biegnij nie oglądaj się! Jestem tuż za tobą! – krzyknął przeraźliwie sierżant. W pędzie wybiegli na tę samą polanę z której nie dawno weszli do lasu, widać było wieżę i zaparkowany nieopodal samochód. Pierwszy do niego dobiegł Pawełek siłując się z klamką. Ojciec nie zwalniając biegu całym impetem odbił się od karoserii samochodu. Ten zatrząsł się aż się alarm odpalił. – Tato tato, szybciej, on zaraz tu będzie! – poganiał ojca syn. Sierżant pomacał się po kieszeniach, w każdej mieszał po trzy razy i spojrzał na syna zamierając na chwilę. Nigdzie nie miał kluczy, musiał je zgubić w lesie jak uciekał… W tej samej chwili bies dogonił uciekające cele z przeraźliwym rykiem, ojciec odepchnął syna w wysoką część traw zdążając wymówić tylko – Kryj się! – i odleciał do tyłu na dwa metry jak rakieta. Samochód przewrócił się na bok odskakując jak zabawka, bies zaczął trząść łbem i uderzać o karoserię, przerabiając samochód w puszkę oleju. Sierżantowi dzwoniło w uszach, leżał tak na plecach patrząc w niebo i próbując dojść do siebie po tym co przed chwilą zaszło. To się nie dzieje, to jakieś bajki, biesy, czorty, diabły jego matki, wszystko to jakiś ponury żart… Odgiął głowę w karku do tyłu, tak że obserwował wieżę będącą z tyłu i zobaczył coś, co zdziwiło go jeszcze bardziej, Z samej wieży ubrany w rodzaj jakiegoś śmiesznego skafandra z dodatkowo nałożonym skórzanym płaszczem, dzierżąc w ręku długi drąg z zakończeniem wyglądającym jak dziwnie świecąca gwiazda, zleciał na ziemię Albrecht. Wyglądało to jakby latał. Sierżant odwrócił się na brzuch i wstał patrząc na wszystko jak zbaraniały, machając dziwnie ręką na wszystkie strony jednak nie mogąc wyartykułować ani jednego słowa. – Oh, nawet sobie poradziłeś, większość ludzi rzyga ze strachu jak tylko zobaczy część mojej pracy – powiedział Albrecht lądując na ziemi i poprawiając płaszcz. Sierżant nie odpowiedział, oddychał tylko głośno machając ręką i rozglądając się dookoła – Co, nie możesz uwierzyć, w co? W co nie możesz uwierzyć? – Sierżant nie wiedząc co powiedzieć po prostu kiwnął głową sapiąc głośno, wyglądało to żałośnie jakby świr uciekł z wariatkowa. Obejrzał się za siebie, bies nadal radośnie uderzał ciałem i rogami w prawie całkowicie rozwalony już samochód, krzyknął ze strachem. – Spokojnie – powiedział Albrecht mentorskim tonem i wykonał kosturem krótki gest, bies jak na komendę stanął w miejscu nawet nie obracając się w stronę swojego pana – widzisz? Nie ma się czego bać, nie zaatakuje bez powodu – Albrecht oparł kostur z powrotem na ziemię. Sierżant pokręcił głową, uniósł przed siebie rękę z wyprostowanym palcem, i stał tak krótką chwilę – To się nie dzieje… – zaczął powoli sierżant dochodząc do siebie. – Co się nie dzieje? – odezwał się spokojnie Albrecht – Że co, nie ma żadnych potworów, tak? Nie ma potworów, bogów, diabłów, demonów, i żadnego metafizycznego badziewia , tak? Czy dobrze to ująłem? – dokończył spokojnie mężczyzna. Sierżant tylko pokiwał głową obracając się szybko w kierunku wysokich traw. Synka jednak nigdzie nie zobaczył. – Aaa, aa tam pod lasem? – wyjąkał sierżant wskazując w kierunku miejsca zbrodni którą aktualnie się zajmował. – Mówisz o tych biednych dzieciach? – zaczął Albrecht stojąc nadal nieruchomo. – Nic. – Jak to nic – zapytał sierżant z niedowierzaniem. – Tak, po prostu. Bo chociaż mi już nie uwierzysz, że żal najszczerszy toczy moje serce, to nie miałem interesu w zabijaniu dzieci jakiś gojów – spojrzał sierżantowi w oczy – miałem błąd w oprogramowaniu człowieczku – ciągnął dalej Albrecht – zanim go odnalazłem było już pozamiatane, a nie mogę przyznać się do błędu, musiałbym ujawnić całą moją działalność – dodał dziwnie pogodnie. – Nie mówiąc już o tym że skrajna emocja przenoszona przez telewizyjne wiadomości była dostatecznie dobrym środkiem marketingowym. Sierżant kręcił głową oddychając coraz wolniej – Ale dlaczego? – Zapytał cedząc powoli każdą sylabę? – Dlaczego, pytasz? To złożona sprawa, ale ponieważ mamy jeszcze trochę czasu… – rozejrzał się dookoła – niech więc będzie. Kroki się kamracie haratanina – zaczął powoli Albrecht – Jedni wygrają a drugich rozdziobią krucy – dokończył sierżant machając głową z politowaniem i unosząc rękę – znam ten fragment. Albrecht zaśmiał się – to nam ułatwi dialog – dodał. – Czas przemian i wielkich czynów nadchodzi wielkimi krokami, gdzieś za oceanem właśnie hamerykańscy inżynierowie kończą ostatnie szlify przy pracy nad samo istniejącą sztuczną inteligencją. Technologia bracie, postęp. W Ameryce Północnej mają fabrykę snów, marzeń. Ja nie jestem artystą jak moi koledzy, ja jestem inżynierem, wizjonerem i osobą chcącą ciągnąć ten świat z założonym chomątem postępu. Ja nie produkuje bajek i marzeń, ja nie żyję tylko samymi wyobrażeniami, ja je kurwa realizuję! – ciągnął dalej Albrecht mówiąc coraz głośniej. Sierżant machnął ręką – I ich realizacją mają być niby te mechaniczne zabawki? – żachnął się sierżant. Albrecht uśmiechnął się znowu – Rozumiem twoją ignorancję, ale nie. Te, zabawki jak je prosto nazwałeś, są zaprogramowanymi fundamentalnie i skonstruowanymi z dbałością o każdy szczegół gatunkami, zdolnymi do samoregeneracji, naprawy czy uczenia się. Zawierają w sobie automatyczne mechanizmy trawienia i przemiany, dzięki któremu mogą karmić się jak każda inna istota żywa wybierając ze zmielonego pokarmu substancje odżywcze i pozbywając się reszty. Zawsze byłem ciekawy co się stanie gdyby stworzyć gatunki będące czymś równym dla człowieka, jednocześnie będącym dla nich równorzędnym przeciwnikiem. Ach szkoda – westchnął dodając – że nie dożyję tych czasów i nie dowiem się kto wygrał. – Ty chory pojebie – wycedził sierżant czując narastający gniew, i sięgając ręką za pasek – Dziękuję, wszyscy zdrowi – odpowiedział równie niedbale Albrecht. Jesteśmy tylko ludźmi przyjacielu. Niezależnie od własnych przemyśleń i wytworzonej technologii zostajemy nadal tylko zwierzętami. My jako ludzie jesteśmy jednak ponadto. Jako nieliczne ze zwierząt mamy świadomość istnienia i otaczających nas procesów. Nadal jesteśmy zwierzętami, i nimi nie jesteśmy. Jednocześnie. – Nie rozumiem, to wszystko jest zbyt złożone – powiedział wolno sierżant patrzą w oczy Albrechtowi który wygląda jakby go to wszystko bawiło – a no tak. Nazwij to byciem nad zwierzęciem lub czymkolwiek podobnym. Możemy żyć instynktem, a możemy nad nim panować. Możemy żonglować panowaniem według własnego uznania i gwoli własnej przyjemności, ewentualnie ambicji. Technologia tego nie zmieni, ale sama w sobie jest potężniejsza od każdego z nas przyjacielu. Instynkt zwierzęcy, ludzka samokontrola i rozwój technologii, o to co nas czeka w przyszłości nawet jeśli zdobędziemy kolejne planety i poznamy wiele, wiele więcej inteligentnych cywilizacji. Cybernetyczny zwierzołak, o. Ale uknułem nazwę – powiedział na końcu cicho do siebie Albrecht. Nastała niezręczna cisza, którą przerwał na chwilę sierżant. Czemu tu, w Polsce? -Czemu w waszej zapyziałej Polszy? Bo jest biedna. A biedaka nikt nie obserwuje, śmierdzący biedak jest niewidzialny dla panów i władców świata. Ma czapkę niewidkę. A to mi odpowiadało, prawie jak – dodał z naciskiem – z budzącym śmiech, polskim arsenałem jądrowym. – A, a dzieci? – A dzieci, a dzieci. Co ty o tych dzieciach? Nie rozwiążesz tej sprawy a życia im to nie przywróci, pogódź się z tym! – Albrecht krzyknął i machnął znowu w powietrzu kosturem, z góry dobiegł go krzyk podobny do orła. Sierżant uniósł głowę zasłaniając ręką słońce. Z nieba z frunął na ziemię w prost na niego stwór o skrzydłach i głowie orła, ale o lwim tułowiu. Gryf zapikował w ziemię z głośnym krzykiem, wywinął się tylnymi łapami i tąpnął w ziemię aż zatrzeszczało. Sierżant upadł, gryf podbiegł do niego ale stanął i zastygł w bezruchu. Na dziobie widać było zastygniętą czerwoną ciecz – No widzisz, mówiłem że bez powodu nic nie zrobią, a przynajmniej te co działają poprawnie – dodał z naciskiem Albrecht opuszczając kostur na ziemię. – Ja, ja muszę… – Co musisz człowieczku, opisać to w jakimś bzdurnym raporcie? Obudź się, kto ci kurwa uwierzy że te dzieci rozszarpał w przebłysku błędu w kodzie oszalały mechaniczny latający gryf! – Wydarł się na sierżanta aż go w głowie coś zabolało. – Potwory, bogowie, ani inna cholera nigdy nie istniały, metafizyka to bajka! – rzucił Albrecht uspokajając się głębokimi oddechami – Ile mieliśmy i mamy potworów w ludzkiej skórze! Ile po ziemi chodzi diabłów wcielonych, ile w historii mieliśmy władców mieniących się boskimi rządami! Bajka to – ciągnął dalej Albrecht okrążając nieruchomego gryfa – Ja te bajki urzeczywistnię jako osobne byty i gatunki, a sam będę ich panem i stwórcą, wszechmocnym bogiem – zakończył swój monolog Albrecht. Sierżant wydziału zabójstw stał tak jak stoi nie mogąc po kojarzyć faktów. Nagle coś go podkusiło i wyciągnął z kabury pistolet odbezpieczając i celując do Albrechta – Nie mogę ci na to pozwolić ty świrnięty zwyrodnialcu. – No, dalejże, strzelaj. Pokonaj zło stojące przed tobą grożące twojej cywilizacji. Ulżyj sobie – rzucił sucho Albrecht. Sierżant stał tak przez chwilę nieruchomo, po czym oddał cały magazynek strzałów w magazynek. Wystrzały poniosły się echem, gdzieś kruki spłoszyły się i odleciały z drzewa. Albrecht machnięciem kostura odbił wszystkie pociski i wytrącił sierżantowi pistolet z rąk. Pistolet zakręcił się w powietrzu i przylgnął do kostura – I tą zabaweczką chciałeś mi coś zrobić – pistolet odkleił się od kostura i opadł głucho na żwir. – Ale zabawić się możemy, gotuj się! – Albrecht odrzucił kostur, zrzucił skórzany płaszcz i wyciągając ręce przed siebie ruszył do ataku. Nastąpiła wymiana ciosów, sierżant nie wiedząc co robić uciekał wił się i kręcił w piruetach dookoła. Parę razy nawet trafił nasadą pięści Albrechta, jednak nic z tego nie wyszło, tylko rozzłoszczony Albrecht zaczął atakować i krążyć wokół sierżanta szybciej. Kilkukrotnie porwał cienkie ubranie sierżanta, czasem nie trafiając z kopnięciem rozłupywał leżący na ziemi polny kamień albo naznaczał bruzdą korę na drzewie. Sierżant dziwił się co chwilę ale postanowił poczekać na uderzenie. Albrecht wykorzystał okazję i uderzył go raz i drugi po twarzy. Sierżant wytrzymał je, przewyższał wąskiego Albrechta wagą, mógł sobie pozwolić na taką zabawę. Gdy Albrecht po tych kilku atakach obnażył gardę, dostał potężną uderzenie w podbródek aż padł na wznak. Sierżant podszedł do niego, patrząc prosto w oczy, jednak Inżynier zdążył już wcisnąć świecący guzik na skafandrze, i za jego plecami coś zawyło. Grupa pięciu dziwnych postaci, z zachowania podobne do stojącego nieruchomo biesa zaczęły otaczać sierżanta ze wszystkich stron. Jak sobie przypominał gierkę syna, te postacie mogły wpasować się w mistykę jako ghule, nie miał zamiaru jednak czekać na atak. Dopóki Albrecht leżał plując krwią, sierżant wziął jego leżący na ziemi kostur i zakręcił nim w rękach. Ghule ruszyły do ataku, jeden z nich wyskoczył, sierżant kręcąc się w biodrze rąbnął go po plecach, odwracając ghula do góry nogami. Ghul zadygotał kończynami, z jego obudowy zaskwierczało a ze szczelin dobył się dym. Albrecht zakrzyczał. Kolejne ghule rozpoczęły rytuał okrążania swojego przeciwnika i atakowania jeden po drugim – kilka razy Sierżant aż zasyczał z bólu jak metalowe puszki walnęły go w bok czy pod udo. Za każdym razem jednak każdy kolejny przeciwnik padał nieruchomo sypiąc częściami. Ostatni z nich padł na wznak i machając śmiesznie odnóżami ostatecznie znieruchomiał pod naporem kostura wbitego w miejsce gdzie powinny znajdować się żebra. Sierżant stał tak z kosturem w ręku oddychając głęboko w zmęczeniu. Albrecht zakrzyczał w panice, ale zaraz potem wcisnął kolejny przycisk na skafandrze i nieruchomy do tej pory bies rąbnął sierżanta fragmentem rogu. Albrecht zaśmiał się. – Nie powstrzymasz technologii, nie możesz wygrać z postępem! Jesteś tylko człowieczkiem! – wykrzyczał Albrecht wstając i podnosząc kostur z ziemi który wypuścił z rąk sierżant. Obszedł Biesa dookoła gładząc go po powierzchni, stanął tak parę kroków nad sierżantem i przytykając dłoń do ust wydał z siebie odgłos który świdrował w uszach powodując ból głowy. Kruki dookoła kruczały coraz głośniej, część z nich krążyła dookoła całej polany. – Mógłbym ci robaku wycisnąć mózg przez nos na żywca – wycedził Albrecht do wijącego się sierżanta – mógłbym ci śmieciu połamać wszystkie kości w parunastu miejscach. Mógłbym ci głupku naiwny zrobić takie pranie mózgu że srałbyś pod siebie do śmierci albo gorzej, skończyłbyś jako hermafrodyta ciesząc się z bycia rżniętych przez męskich sadystów. Ale to miał być tylko pokaz, zabawa. – Dodał powoli. Sierżant wstał, i powoli ruszył w kierunku inżyniera. Ten ryknął jeszcze raz przez rękę, a potem stuknął w ziemię kosturem. Sierżant poczuł jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa, zwalił się na ziemię nie mogąc się ruszył. Zanim jeszcze upadł przypomniał sobie jak Pawełek grał w swoją grę przeciwko leszemu, który unieruchamiał przeciwników przyduszając ich korzeniami do ziemi…
Albrecht podszedł do niego, nogą odwinął jego sztywne ciało na wznak. – Oddychaj, niedługo ci przejdzie. Ale będziesz miał czas na przemyślenia. – dodał po czym machnął kosturem w powietrzu. Wszystkie potwory jakie były dookoła, razem z krukami obróciły się w kierunku lasu i pobiegły w kierunku drzew. Sierżant patrzył się tak w niebo nie mogąc robić nic poza oddychaniem, nierównym tempem. Albrecht podniósł swój skórzany płaszcz i założył go na siebie otrzepując. Podszedł do Sierżanta tak żeby go widział wyraźnie. – to będzie coś wspaniałego. Patrzeć i obserwować jak nowe gatunki w pełnej symbiozie współpracują z resztą natury. Jak coś ją uzupełnia, reguluje, tańczy razem z nią i dąży do świetności. Ale ty już tego nie dożyjesz, śmieciu. W tle zawyły wszystkie syreny alarmowe sąsiednich wsi i miast.- O, widzę że się zaczyna. No to do zobaczenia, kiedyś. Może. A za hołd pruski, jeszcze oberwiecie, polaczki – Gdy to powiedział, wyprostował się, wcisnął jakiś guzik. I znikł, wyparował, teleportował się. Pozostała tylko głucha cisza przeplatana oddechem sierżanta i wyjące w oddali syreny. – Tato, tato, tatusiu! Nic ci nie jest?! – Zapytał Pawełek wybiegając z wysokiej trawy. Ojciec zakaszlał.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Podziel się ze znajomymi: