Uniwersum Wiedźmin – Opowiadanie „Zderzenie światów”

Zmrok zapadał szybko, choć nad widnokręgiem jeszcze było widać kawałek tarczy słońca puszczające wchodzące w pomarańczowy kolor promienie coraz niżej i niżej. Geralt kolejny raz chodził najbardziej wyschniętą ścieżką z całego terenu bagna obserwując wszystko dookoła, robiąc co chwilę przystanek obok co większego drzewa. Petardy pobrzękiwały w torbie, wszystkie posiadały zieloną poświatę. Bomby dwimerytowe skutecznie blokowały magię na danym obszarze umożliwiając atak, bądź obronę, konwencjonalnymi metodami. Oparty o ramię srebrny miecz skrzył się od nałożonego oleju na istoty magiczne. Drugiego miecze nie było. Geralt zostawił go przy siodle u Płotki.
W tym błocie i tak miałby problemy z poruszaniem, a drugi miecz by tylko przeszkadzał. I tak spacerując, delektował się bagiennym powietrzem, które mimo barwy dalekie było od smrodu obory i ludzkich latryn. Co jakiś czas zarżnął jakiegoś utopca czy topielca samotnie szarżującego w szaleńczej szarży. Dziwne, pomyślał wiedźmin, nawet utopce nie są na tyle głupie by atakować bez szans powodzenia, dużo częściej atakują w grupie. A tutaj wyglądają jak oszalałe, albo ktoś lub coś nimi kieruje jak bezwiednie zaprogramowanym golemem…
Z rozmyślań wyrwał go głos krzyku dziecka. Słońce już zaszło, wiedźmin wytężył słuch i ruszył biegiem w kierunku odgłosu, trzymając miecz w pogotowiu. I zdumiał się. Po dobiegnięciu do środka odgłosu nie było widać nic, a dźwięk wyraźnie dobywał się z miejsca w którym stał. Skupił się nasłuchując odgłosów dookoła, usłyszał ciche mlaskanie, za chwilę pluskanie. Na początku ciche i dalekie, ale szybko rosło i było bliżej. Geralt wyczekał moment i momentalnie obrócił się, chlastając potwora po szyi impetem obrotu, całym mieczem. To był mglak. Wiedźmin stanął w stabilnej pozycji, gotowy do ataku, mglaki nie atakowały same, i faktycznie, z drugiej strony wyskoczył z mgły drugi potwór. Odrzucił wiedźmina, który nie zdążył z cięciem, w powietrzu jeszcze składając palce w znak Quen hamujący impet upadku. Przetoczył się potem przez kark i szyję jeszcze parę razy, i wypluł muł z ust do bagna. Mglaka już nie było widać. Geralt skupił się znowu nasłuchując mlaskań i stąpania po mokrym torfie, mglak znowu zaatakował. Geralt nie ciął, uskoczył tylko w bok i dołożył na plecy przeciwnikowi znakiem Igni aż zaskwierczała skóra. Mglak zawył przeraźliwie i rozwiał się ponownie. Kroków było słychać coraz więcej, słońce zniknęło a na jego miejsce pojawił się srebrzysty księżyc. Za skarpą coś zawyło, głębokim niskim tonem. Geralt obrócił się, i pokręcił głową z niedowierzaniem.
·
Wielki bies szarżował na niego ze skarpy wyjąc i zniżając poroże do ataku. Geralt uskoczył w bok, bies wyminął go i wyrżnął całym impetem w małe drzewko, wyrywając je z korzeniami. Za nim jednak złapał oddech od pleców zaatakował go mglak. Runął na brzuch, twarzą w błocie. Plując wodą z ziemią na prawo i lewo, Geralt podniósł się, nakreślając palcami kolejny znak Quen. Szedł bokiem, obserwując przygotowującego się do ataku biesa i nasłuchując mlaskających dookoła mglaków. Gdy usłyszał szarżę, ryknął z furią na biesa prowokując go do ataku. Bies ruszył z wściekłym rykiem wymachując porożem. Geralt uskoczył, spóźniając jednak unik i upadając na ziemię. Quen szczęśliwie przejął siłę impetu a bies, niczym taran, wbił się w szarżujące na jego wcześniejszą pozycję mglaki, robiąc z nich krwawą miazgę. Zapach krwi i zderzenie z wrogiem oszołomiły biesa, wiedźmin nie czekał, ruszył pędem na potwora, strząsając w ruchu resztki błota wybił się i wskoczył na jego pochyłe plecy, ciął na kark z boku. Rozcięta skóra pękła, ale to nie powstrzymało potwora, potrząsnął łbem strącając z siebie wiedźmina, ten uczepił się jedną ręką jego rogów. Parę dobrych chwil trwała sytuacja w której bies potrząsał rogami próbując zrzucić uczepionego nich wiedźmina ruszającego się jak kukiełka. W końcu szarpnął rogami i odrzucił go na ziemię wbijając w muł. Wiedźminowi zagwizdało w uszach, ledwie doszedł do siebie, uskakując ciężko na bok gdy bies wykonywał kolejną szarżę. Geralt wstał, otrząsnął się z szoku i podszedł znowu od tyłu do biesa tnąc go w tylną nogę. Bies zaryczał, odwrócił się przez ramię machając rogami, ale tym razem wiedźmin uniknął ich i chlasnął potwora po przeciwnej stronie szyi. Bies cofnął się, machną w niego łapą, już wolniej, Geralt tylko lekko uskoczył i ciął go z drugiej strony wielkiej szyi. Potwór zatoczył się, Geralt oddychał ciężko skulając się, był również zmęczony. Zmusił się jeszcze raz do znaku Igni i wystrzelił iskry w oczy potwora. W powietrzu czuć było spaleniznę, a potwor zawył, potrząsnął łbem odwracają się od ognia, przestąpił parę kroków dalej. I padł. Geralt padł na kolana tuż zanim, opierając się rękami o mokrą ziemię, i oddychał ciężko, próbując złapać oddech. – A żeby te bagno gówno pochłonęło – mruknął do siebie wiedźmin zbierając siły. Księżyc dochodził do pełni.

·

Cały teren bagna rozświetlił się fioletowym światłem i unosząca się nad nim mgłą i poświatą. Księżyc odbijający się w tafli płytkiej wody teraz był prawie niewidoczny zza mglistych chmur. Dookoła coś trzasnęło i bies, z którym jeszcze chwilę temu Geralt walczył na śmierć i życie, zniknął zapadając się pod ziemię, jednocześnie rozpuszczając się w sobie pod wpływem fioletowego czegoś, co wyraźnie dobywało się z owej mgły. – Co tu się dzieje… – zapytał sam siebie wiedźmin rozglądając się kątem oczu dookoła. Rozrzucone po obszarze bagna zaczęły pojawiać się owale portali, trzeszczące i błyskające raz po raz fioletowymi piorunami. Z trzech owalnych teleportów wyskoczyły grupy potworów, utopców, topielców i mglaków. Część topielców miała dziwne znajome blizny które w kontakcie mgłą po prostu same się zasklepiły. Geralt zamrugał i otworzył szeroko oczy w nadziei że się nie przewidział. O to stały przed nim potwory, które jeszcze godzinę temu zginęły od leniwie zadawanych ciosów jego miecza, pocięte w kawałki, z których chyba tylko wampir wyższy mógł się poskładać. Ale nawet one nie zrobiłyby tego w takim tempie… Wymacał w torbie petardy, których jeszcze nie zgubił, mocniej chwycił miecz oburącz. I rzucił się na potwory, tnąc na lewo i prawo. Jeden po drugim utopiec padał pod ciosem klingi rozczłonkowany lub całkiem przecięty na pół.
Jeden topielec oberwał cięciem niedbałym z boku na plecy, siła uderzenia wygięła jego górną część do tyłu, a pozostałe odnóża pacnęły bezwładnie na ziemię. Pozostałe przy życiu mglaki rozpierzchły się dookoła, przygotowując do zmasowanego ataku. Geralt wyciągnął petardę z torby, odpalił ją aż zabłysło zielonymi iskrami, i cisnął dwimerytem prosto w owal portalu. Ten wyrzucając z siebie fioletowe pioruny w niebo, zniknął nagle, od tak. I tylko fioletowe błyskawice uderzające w ziemie pokazywały że tu jeszcze przed chwilą był.

·

1 2 3 4 5 6 7 8

Podziel się ze znajomymi: