Uniwersum Wiedźmin – Opowiadanie „Zderzenie światów”

Coś zaryczało, mglaki stanęły jak wryte, po czym uciekły w przeciwległym kierunku. Geralt odwrócił się trzymając miecz w pogotowiu, kiedy z nowo powstałego owalu portalu za jego plecami wyskoczył bies, mający jeszcze blizny na szyi. Najdziwniejsze było jednak to że pojawił się nowy portal obok tego nowego, spod którego wyrósł wielki kwiat zasysając trochę wody z bagna dookoła, i tym szybciej rósł. Archespor wypluł dookoła jakieś bulwy, które również wyrosły ale nieco wolniej i dalej od portalu. Echinopsy zakręciły łodygami jak żyrafy, mocujące się z liśćmi na wysokim drzewie i wszystkie, razem z Archesporem wystrzeliły w kierunku wiedźmina swoje zatrute kolce. Wiedźmin ratował się ucieczką składając w pośpiechu znak Quen, próbował znowu ogarnąć co się dzieje i przygotować jakiś prosty plan działania. Z kieszeni na pasie wysunął flakonik z Puszczykiem i wypił całość na jeden, duży łyk. Przypływ energii poczuł od razu. Wskoczył między kłącza wściekle ostrzeliwujących go krwiożerczych roślin, pięść złożył w telekinetyczny znak Aard, i rąbnął nim kierując go w ziemię pod sobą. Znak odbijając się od ziemi utworzył telekinetyczną sferę, na krótki czas odpychającą wszystko dookoła. Geralt nadal rześki, doskoczył do pierwszego oszołomionego kłącza i zaczął chlastać go po łodydze, która o dziwo nie łamała się pod jednym ciosem.. Klinga jedynie zadrapywała kwiat w podobny sposób jak siekiera nacina drzewo.
Wiedźmin ciął więc z lewej do prawej aż potwory otrząsnęły się z szoku, wykonał unik do boku i rąbnął Aardem w ziemię oszałamiając wszystkich dookoła. Gdy kolejne potwory padały z piskiem na ziemię, Geralt zauważył że ich truchło nie zostaje na ziemi do ostygnięcia czy objedzenia przez muchy. Natychmiast pod wpływem fioletowej mgły rozpuszczały się i wchłaniały w ziemię. Wciąż oszołomiony wiedźmin, wyciągnął kolejną petardę z torby i cisnął ją w teleport, który zniknął w taki sam sposób jak poprzedni. I tym razem pojawiły się nowe teleporty na przeciwległym krańcu bagien, z jednego wyskoczył leszy wpuszczając korzenie w ziemię, z drugiego wyskoczyły Archespory z Echinopsami, zabliźniające swoje rany, a z trzeciego wyskoczył gigant, który trafiony przez rośliny kolcami, podszedł i wyrwał je z korzeniami ciskając resztę na środek bagien, i natychmiast zniknęły rozpuszczając się jak poprzednim razem. Wiedźmin, oszołomiony własnymi myślami i tym co się dookoła dzieje, po prostu stał. Stał nie wiedząc co robić. Podszedł powoli do najbliższego z teleportów które otworzyły się jako pierwsze, i cisnął w niego petardą, wolno, bez entuzjazmu. Owal zniknął, ale pojawiły się trzy kolejne, z każdego wyskoczyły inne monstra. Jeden z nich otworzył się za gigantem z którego wyskoczył inny olbrzym, i z maczugą nad głową zaczął okładać pierwszego. Wiedźmin patrzył na to wszystko dookoła, obserwował jak duch, jakby w zwolnionym tempie jak potwory rozbiegają się na wszystkie strony, a jedne wpadając na drugie zabijają się wzajemnie. Ich truchła jednak natychmiast znikały i cykl się powtarzał.
·
Co tu się dzieje… – szeptał z niedowierzaniem wiedźmin, a w uszach dzwoniło – I giganci stanęli przeciwko sobie… – ciągnął z przesadzoną teatralną frazą dalej – jak w balladach i wieszczbie Itlliny. – Czy to możliwe… Czy to co się dzieje, to właśnie koniunkcja sfer? – zadał sobie pytanie bardziej w myślach. – Ale w takim razie gdzie jest ten drugi świat, z którym nasz się zderza? – Zapytał sam siebie, po czym spojrzał w niebo. Księżyc w pełni, i rozgwieżdżone miliardy gwiazd były piękne, ale normalne. Najzupełniejsze w świecie zwyczajne. Geralt podjął decyzję. Przy całej swojej niechęci do portali, jego niechęć jeszcze bardziej się pogłębiła, ale nie miał innego wyjścia. Splunął na ziemię, skrzyżował ręce na piersiach i ruszył w kierunku ostatniego z pierwszych portali, z którego jeszcze nic nie wyszło. – Nienawidzę portali! – rzucił Geralt przed siebie. I zniknął w głębi fioletowego owalu. Potwory rozbiegły się dalej.
·
Pierwsze co Geralt zobaczył przez lekko uchylone powieki, to biel, całkowicie wypełniającą wszystko dookoła. Nie było w tym nic dziwnego, w zasadzie to tak właśnie wyobrażał sobie to co będzie widział po śmierci. Rozchylając jednak powoli powieki coraz szerzej, dostrzegł ledwie widzialne paski fug przeplatające płaską, śnieżno białą powierzchnię kafelek. Znajdował się na środku sporego pomieszczenia, a, co dopiero teraz zauważył, jedyne kolory odmienne od powierzchni ścian należały do błota z jego butów. Odłożył swój srebrny miecz do pochwy na plecach, pomacał swoje ciało czy aby na pewno po teleportacji nadal posiada wszystkie jego elementy. Wziął głęboki oddech i ruszył powoli na przód, bacznie nasłuchując. Gdy doszedł do ściany naprzeciwko, jak na komendę jeden z jej segmentów wcisnął się do środka jak wielki guzik, i wsunął się do góry w środek ściany głośno brzęcząc mechanizmem. – Gdzie ja jestem… – Pomyślał Geralt powoli dochodząc do trzeźwości umysłu po początkowym szoku.
Znajdował się teraz w długim, metalowym korytarzu, w jego kątach wzdłuż ścian biegły metalowe rury mniejsze i większe, czasami puszczające trochę pary lub kilka iskier. Powoli, krok za krokiem idąc przez korytarz spoglądał co jest za licznymi szklanymi szybami. Odnogi korytarza wyglądały bliźniaczo podobnie, jak jeden wielki labirynt metalowej puszki i gdzieniegdzie oszklonych ścian przez które widać było zawartość pokojów. I tylko wszechobecna biel odróżniała to miejsca od brudu kanałów czy kamiennych jaskiń przystosowanych do życia przez licznych szalonych szarlatanów, gotowych dla postępu poświęcić wszystko co drogie im lub innym. Wiedźmin obrócił się za siebie i przewrócił oczami. Co prawda z kroku na krok coraz słabsze, ale ubłocone buty zostawiały ślady od samego pojawienia się jego w tym dziwnym pomieszczeniu. Poprawił pasy na ramionach, naciągnął mięśnie barków aż do strzyknięcia, i podszedł powoli do pierwszego okna. Pokój wyglądał sterylne czysto, na środku było kilka stołów z cylindrycznymi lampami dającymi mocne, białe światło. Pod ścianami liczne regały ze skrzynkami wypełnionymi ziemią. Na stołach również była skrzynka, ale oprócz niej także mikroskop, łopatki i stojak z dziwnymi miksturami.
Gdy Geralt przyjrzał się bliżej swoimi kocimi oczami, dostrzegł niewyraźny ruch w skrzynce. Chwilę potem bulwa pękła i głośno mlaskając wydostał się z niej wijąc na wszystkie strony i piszcząc, mały – Archespory. – Ocenił Geralt cofając się jeden krok od szyby. Odszedł od pomieszczenia oznaczonego literą A, szedł dalej, patrząc na symbole przy oknach i spoglądając co jest za nimi. Minął literę B, C, skręcił w lewo, Litera G. Spojrzał przez okno, pokój identyczny jak poprzednie, zamiast skrzynek z ziemią miał ustawione pod ścianami szklane tuby wypełnione wodą. Do tuby pełno przyłączonych różnych kabli i przewodów, a w środku unosiło się coś żywego. – Ludzie, eksperymenty na ludziach… – powiedział cicho Geralt, ale uwadze nie uszły mu dłonie. A raczej łapy, z długimi pazurami, lekko zakrzywionymi ale tępymi i grubymi. Przydatnymi do rozgrzebywania mogił. – Ghule – stwierdził po chwili, a oddech mu się uspokoił. Tylko trochę. Gdy stał tak wpatrzony przez szybę, jeden z leżących w tubie ghuli otworzył oczy, spojrzał na Geralta i zaczął się szamotać i wyć. Jednak maska na pysku skutecznie mu to uniemożliwiała. Geralt odsunął się, poszedł dalej, mijając w tym samym pomieszczeniu tuby z Greavirami.
Korytarz G był najdłuższym który do tych czas widział, w jednym z pokojów wiedźmin zobaczył chodzącego jak tygrys po klatce gryfa, w drugim obok uwite gniazdo z jajami, obok których spała Wywerna, a po przeciwległej stronie w bliźniaczo ułożonym pokoju rozpoznał widłogona, w pokoju obok za to na żerdzi wypoczywał oszluzg. Idąc dalej tym samym korytarzem, Geralt zdumiał się raz po raz, kiedy w jednym większym pokoju pełnym małych drzew, siedział w letargu pogrążony Leszy, w pokoju obok za to był kopiec bez widocznego potwora, ale wiedźmin i z tego domyślił się że to leże Skolopendromorfa.
Po przeciwległej stronie za to wszędzie wisiał biały śluz kształtem podobny do pajęczyny a pod ścianą biwakowały Kikikory pilnując swoich jaj. Im Geralt szedł dalej korytarzem niekończących się pokoi tym mniej dziwiło go cokolwiek, chodź nowych rzeczy było pod dostatkiem. Po jednej stronie gniazdo z harpiami, po drugiej chrapała mantikora. Dalej znowu był rząd zamarłych w bezruchu kamiennych golemów, gargulców i Żywiołaków, a w szklanej kuli obok siedział uwięziony ifryt. Do Menażerii doszły jeszcze pokoje z kopcami Nekkerów, gniazdami Utopców, mglakami w tubach, a nawet Kuroliszek obok bazyliszka leniwie poruszający językiem podczas snu. Wiedźminowi jeszcze gdzieś przemknął wicht, bies i bruxa i katakan, ale coraz szybciej miał ochotę znaleźć wyjście z tego labiryntu, oceniając grubość szyb w stosunku do ilości znajdujących się tu potworów. Doszedł w końcu do wielkiego planu pomieszczeń wywieszonego obok drzwi. Geralt obejrzał raz jeszcze drogę, którą tu przyszedł. Następnie postąpił kilka kroków, zawahał się na chwilę, i wszedł przez drzwi, które automatycznie otworzyły mu się z głośnym sykiem i brzękiem mechanizmu w środku.
Pomieszczenie wyglądało podobnie do tych wcześniejszych, nie miało jednak wielkiego szklanego okna, było o wiele mniejsze, wąskie
i długie. Pod ścianami było wiele regałów z księgami i segregatorami, i kilka biurek. Przy jednym z nich siedziała postać ubrana w biały płaszcz z włosami zaczesanymi do tyłu. W pierwszym odruchu Geralt myślał że to jakiś odmienny gatunek, po zbliżeniu się jednak domyślił się że osoba skrobiąca notatki na ukośnym biurku pełnym innych notatek, schematów i rysunków, jest człowiekiem. Przynajmniej na pierwszy rzut wiedźmińskiego oka.

1 2 3 4 5 6 7 8

Podziel się ze znajomymi: