Uniwersum Wiedźmin – Opowiadanie „Zderzenie światów”

Tłum ludzi rzucił się na Wiedźmina okrążając go ze wszystkich stron. Geralt nie mając dokąd uciec, stał nieruchomo nie rozumiejąc kompletnie niczego. W jednej chwili oplótł go jazgod ludzkich gardeł – Geralt Wiedźmin! Daj autograf! A mi zdjęcie z dedykacją! Mogę selfie! Geralt ryknij proszę! Zrób groźną minę! Geralt! Geeeraaalt! Gee-raalt! Geee-raaalt! – już nie wiedział ile razy podał komuś rękę, czy podpisał się parafką na papierze, po co to ludziom, co oni z tego mają, nic kompletnie nie rozumiał… spojrzał w drzwi z których wybiegł, stali w nich strażnicy, już uspokojeni i badacz, który opierając się o framugę śmiał się do rozpuku patrząc na przerażoną minę wiedźmina. Minęło jeszcze parę minut zanim tłum przerzedził się do tego stopnia by można było przez niego przejść. Mirogod podszedł do niego – Widzisz, nawet tutaj jesteś sławny – stwierdził ciągnąc go za rękę. – Ja tu nic nie rozumiem, skąd oni mnie znają. – I tak byś nie zrozumiał, mieliśmy iść na wódkę, chodź do środka, wypijemy i zaraz cię przeniosę z powrotem do siebie, i miecz ci oddam, no chodź – pociągnął Geralta mocniej, który zatrzymał wzrok na grupie dziewczyn stojącej po drugiej stronie ulicy pożerających go wzrokiem. – Choć Geralt, musisz wrócić do siebie. – powiedział z naciskiem – Tak. Masz rację, najwyższy czas. Weszli do laboratoryjnej restauracji gdzie wzbudzili nie mniejszą sensację niż na ulicy. Barman na koszt firmy przyniósł kilka zgrzewek wódki, i rozpili się razem z badaczem gadając o mało ciekawych tematach. Później Geralt zasnął.

Obudził się nagle, prawie nic mu się nie śniło, nie biorąc pod uwagę jakiś majaków gdzie widział jak przez mgłę biały sufit i lampy na nim szybko poruszające się. Leżał w błocie bagna, z którego wszedł w teleport, słońce było już wysoko na niebie i grzało po twarzy. Geralt odruchowo wziął rękę za plecy i wymacał swój miecz. Musieli go wrzucić w teleport jak spał. A, zaraza, może to i lepiej. Nie cierpiał teleportów, więc taki transport mógł wyjść tylko na dobre. W głowie dzwoniły mu tylko słowa wrzuć go i zablokuj przejście. Nie możemy pozwolić sobie na dalsze wypaczenia! Potem długo nic.
Geralt wstał, pokręcił się po okolicy i naciągnął obolałe kości. Coś zapiszczało i buchnęło ogniem. Geralt odwrócił się i przypomniał ostatnie wydarzenia – No tak, Ifryt. – splunął na ziemię, wyciągnął miecz i nakreślił znak Quen. Dookoła nie było żadnych teleportów. Aura jedyna wyczuwalna biła od spaczonego ifryta, ale mogła ona zagłuszać inne sygnały. Geralt rzucił się do walki, ifryt ryknął i wystrzelił słupem ognia. Wiedźmin od turlał się w bok, znak jednak zniknął trafiony krawędzią magii ifryta. Geralt ustał na stopach, wymacał zawartość torby na boku, są, ale dziwnie dużo, skąd ma tak dużo petard. Geralt wymacał jeszcze coś innego, ale nie było czasu się dziwić, wygrzebał jedną z bomb dwimerytowych i rzucił szybko w kierunku ifryta. Wkurzony blokadą ifryt zaczął szarżować na wiedźmina ale ten uskoczył i znowu w drugim miejscu rzucił petardę. Osłabiony brakiem zaklęć ifryt, ruszył do ataku ale jego ruchy nie były szybkie ani silne, Geralt bez trudności unikał raz po raz, następnie ciął w ciało ifryta. Rozzłoszczony potwór wybił się do ataku z powietrza. Geralt odczekał zmieniając nogę. I ciął potwora na pół.
Co się dzieje, czy to wszystko na sens? Czy to wszystko istnieje? Nie wiem czy coś czuje, chyba tak, nie wiem.
Truchło wpadło do bagna.
Jednego potwora mniej.
·

Geralt stał brodząc w bagnie, dysząc, trzymając miecz opuszczony wzdłuż ciała. Nie miał siły myśleć, to chyba jeszcze ten wczorajszy kac. Zajrzał do torby, wymacał dziwny przedmiot i wyciągnął go kładąc na dłoni. Podłużny zielony kamyk, błyszczący w promieniach słońca, był… – Szmaragd. – stwierdził Geralt. I schował go do sakiewki na pieniądze, dziwnie bardziej niż poprzednio wypełnioną. Schował miecz do pochwy, otrzepał się trochę z błota. I zaczął iść z powrotem w kierunku wioski. Po drodze jednak odpowiadała mu cisza. Geralt bluzgał, wszedł na plac głównej wioski. A raczej tego co z niej zostało – Za długo, zaraza… – Wioska była całkowicie zniszczona, ślady prowadziły we wszystkie strony, zatarte kilkoma kształtami stóp i odnóży. Geralt gwizdnął, ale jego konia nigdzie nie było. Nie było też nikogo słychać, nawet najmniejszych jęków. Geralt wyciągnął jeszcze raz zielony kamyk, obejrzał go dokładnie, potem obejrzał się po wiosce kręcąc się w miejscu, patrzą w niebo i wszędzie gdzie można znaleźć cokolwiek ciekawego. Słońce było prawie w południe, a to znaczy że wskazywało kierunek wschodni i zachodni. Geralt schował kamyk, myśląc wymienić go na korony w najbliższym czasie. Zdecydował się iść w kierunku wschodnim, a potem na północ. Do Kaer Morhen. Zapragnął długo przezimować wszystko co tutaj zobaczył.
I co usłyszał.

 

KONIEC

1 2 3 4 5 6 7 8

Podziel się ze znajomymi: