Recenzja: Kingdom Come Deliverance – świat, który chce się poznawać

W liceum nienawidziłam historii. A zwłaszcza rozdziałów o średniowieczu. Z tego tez powodu do Kingdom Come: Deliverance podchodziłam trochę jak do jeża. Podejście takie utrzymało się jeszcze przed 20 pierwszych minut, jednak później jeż ten nie chciał wypuścić mnie ze swoich objęć. Oczarował mnie przede wszystkim ogrom tego otwartego świata, ogrom questów i ogrom czasu, jaki można spędzić w grze (ponad 100 godzin). Widać przy tym, że gra zyskała na tak długim przygotowywaniu do wypuszczenia na rynek. Dialogi są w przeważającej ilości ciekawe podobnie jak historia, martwi trochę nieco nierówność rozgrywki, ale o tym w dalszej części recenzji.

Liznąć nieco historii

Gra rzuca nas w rok 1403 na tereny dzisiejszych Czech. W Bohemii nastały czasy, których nikt się nie spodziewał. Po udanych dla obywateli rządach Karola IV, do władzy dochodzi jego syn – Wacław IV. Temu jednak nie w głowie godne władcy zarządzanie państwem. Woli hulanki, panny, utarczki i polowania. Przyczynił się także do konfliktu z samym papieżem. Wszystkiemu przyglądał się jego przyrodni brat Zygmunt. Kiedy miarka się przebiera, zbiera on swoją brać i naciera na tereny niesfornego brata pojmując go i podporządkowując sobie jego tereny. Historia naszego bohatera – Henryka, zaczyna się na chwilę przed tym jak Zygmunt napada na jego miasto, plądrując je doszczętnie i zabierając Henrykowi wszystko, co dotąd miał. Bohater cudem ratuje się przed najeźdźcą i zaczyna nowe życie w zupełnie innym, nieznanym mu dotąd bliżej mieście. W głowie siedzi mu jednak myśl, aby pomścić wszystkie swoje straty o dopaść Zygmunta. Ta misja będzie naszą misją główną, prowadzącą do zakończenia gry, jednak po drodze będziemy musieli nauczyć się wielu rzeczy, aby móc stawić czoło uzurpatorowi.

Henryk Heniek Heniutek

Bohater recenzowanego cRPGa akcji nie aspiruje do superherosów wszechczasów. To raczej przeciętny chłopak ze wsi, który nie pisze ani nie czyta, za to zbyt często wykonuje potakujące ruchy głową, jak gdyby miał problemy z utrzymaniem w poziomie karku. Może jednak odruch ten jest celowo zaprojektowany przez twórców z Warhorse Studios, aby podkreślić jak ugodowym człowiekiem jest Henryk. Początkowo faktycznie zdaje się być typowym wieśniakiem w dosłownym i pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Śpi do południa, pije alkohol do nieprzytomności i jest mało robotny. Wszystko się zmieni, gdy ten młody chłopak zostanie porzucony na łaskę losu i będzie musiał sam się sobą zająć. Niestety nie zmieni się z wyglądu, a ten jest mocno przeciętny i łamie wszelkie schematy wielkich erpegów – Henryk jest wieśniakiem także na płaszczyźnie wizualnej. Żadna dama XXI. wieku by się za nim nie obejrzała, ale jest w nim coś ciepłego co sprawia, że trochę mu nawet współczujemy losu, który go spotkał.

Questy, questy wszędzie!

W Kingdom Come jest co robić. Mapa jest ogromna i wraz z postępem gry zalewają ją coraz to nowsze ikonki z zadaniami. Od klasycznych erpegów Kingdom Come nie różni się pod względem zastosowania misji głównych oraz pobocznych. Różni się za to tym, że tych pobocznych możemy nie wykonać, jeśli na przykład nie pojawimy się w wyznaczonym miejscu w wyznaczonym czasie. Gra żyje jakby obok nas. Jeśli umawiamy się z kimś, że jedziemy na misję jutro pomiędzy godziną 11 a 14 to jeśli pojawimy się po 14ej – nikt już nie będzie na nas czekał, a zadanie przepadnie. To fajny zabieg, bo gra jest wówczas trochę trudniejsza, lepiej imituje prawdziwe życie i nie przejdziemy jej już tak bezmyślnie – od questu do questu. Co jeszcze istotne: zadania możemy wykonywać na wiele sposobów. Oczywiście znajdą się takie, których nie rozwiążemy inaczej niż na jeden sposób, ale do sporej części możemy podejść różnymi metodami. Nie zawsze miecz będzie tą właściwą.

Rozwój postaci

Jak przystało na bohatera gry RPG – nasz Henry się rozwija pod wieloma względami. Podejmując pewne decyzje (np. czy obrzucić dom nielubianego Niemca łajnem) oraz rozmawiając z innymi postaciami niezależnymi ukierunkujemy ścieżkę swojej reputacji. Możemy więc używać retoryki, autorytetu, a także siły… swojego miecza. Decyzje te wpływają na to, jak postrzega nas później otoczenie oraz jak zachowują się wobec nas inni bohaterowie. Rozwój umiejętności przebiega bardzo podobnie do budowania reputacji. Wykonując pewne aktywności (jak na przykład okradanie przechodniów) rozwiniemy w sobie talent kieszonkowca. Paradoksalnie walka jest czymś, czego nie nauczymy się po prostu walcząc. We wsi znajduje się Kapitan Bernard i to on pokaże nam lekcje walki czy to mieczem czy też łukiem tak, że poznamy nowe tajniki i wskoczymy na wyższy poziom tej umiejętności.

Zbieractwo, łowiectwo, mordobicie

Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to trywialnie, bo gra nie zasługuje na baty, ale Kingdom Come to w większości czasu gry zbieranie, kradnięcie, gotowanie, pożywianie się, uprawianie alchemii i… dużo walk. Kindgom Come zmusza nas też do zażywania snu, abyśmy nie padli, a nawet nie umarli z wycieńczenia. W pewnym sensie są to elementy survivalowe, choć przez małe „e”. Elementy te są jednak tak mocno rozbudowane i jest ich tak wiele, że w połączeniu z jakością misji naprawdę cieszą. Cała gra z resztą cieszy, mimo iż jej tempo jest zdecydowanie wolniejsze niż w porównywanym często do tej nowej gry Wiedźminie. Przez większość czasu tempo na szczęście nie spada na tyle, żebyśmy pragnęli grę wyłączyć, choć zdarzają się momenty (jak pierwszy obchód miasta), które pozwoliłby nam na granie jedną ręką a drugą jedzenie obiadu. Jednak deweloperzy już dano mówili, że gra właśnie taka ma być. I jest. Ale nie jest to minus. Minusem byłoby gdyby przy takim tempie rozgrywki nudziła, a nie nudzi – wiele zawdzięczamy tu barwnym postaciom i ciekawej fabule. Ba! Nawet wbudowany w grę kodeks bardzo wiernie opisujący czasy średniowiecza jest napisany w ciekawy sposób i nie zaśniemy przy nim jak przy znanych wszystkim dobrze podręcznikach od historii.

Klik klik, czyli jak się gra

Klawisze przypisane akcjom zostały dość dobrze poprzypisywane, choć osobiście zamieniłabym Enter na Spację podczas dokonywania wyborów dialogowych. Nawigując WSADem między odpowiedziami łatwiej byłoby trzasnąć Spację w celu potwierdzenia wybranej wypowiedzi. Na szczęście sterowanie jest w pełni edytowalne. Nie zawsze też gra rozpoznawała podłączony do peceta pad od Xboxa, jednak wierzę, że jest to kwestia patcha do wydania. Bohater miał czasami problemy z przeskakiwaniem obiektów, które stanęły mu na drodze, a jazda konna wymagała oswojenia się i nauczenia w jakiej odległości od przeszkody należy rozpocząć manewr skakania gdyż koń podobnie jak sam Henryk, ze skakaniem miewa problemy. Postaci lubią tez przez siebie przejść, ale z drugiej strony eliminuje to blokowanie się na przechodniach. Tak samo – wszystkie te niedociągnięcia to kwestia wypuszczenia stosownego patcha. Pozostałe elementy jak bieganie i generalnie poruszanie się nie sprawiały mi problemów.

Ładnie, coraz ładniej

Miasta w Kingdom Come Deliverance żyją. Jest tu mnóstwo ludzi, zwierząt, rozmów, a różne zakątki świata różnią się także wizualnie. Wioski to wiernie oddane, pokryte strzechą domy, większe osady otoczone murami obronnymi skrywają kościoły wypełnione modlącymi się ludźmi, a w krajobraz wplatają się kamienne zamki i połacie pięknych gór. Tak samo dobrze jak grafika, spisuje się i udźwiękowienie: jest wierne rzeczywistości i przyjemne dla ucha. Niestety jeśli zmienimy ustawienia dźwięków w menu, np. ściszając rozmowy to w momencie oglądania cutscenki dźwięki mogą nas zaskoczyć, gdyż wszystkie się zwiększą. Pozostawia to pewien niesmak, stąd wydaje się lepiej zostawić bawienie się suwaczkami w sekcji audio. Maksymalne ustawienia grafiki zadowolą też największego wideo-malkontenta. Zdaje się, że producenci wycisnęli z silnika CryEngine 3 wszystko co się dało.

 

Kingdom Come: Deliverance czaruje samymi już screenami. Po odpaleniu gry zaczyna czarować dalej – grafiką, a wkrótce i muzyką średniowiecza. Potem, w momencie zapoznania się z Henrykiem sprawia, że gracz zadaje sobie pytanie: dlaczego studio nie pozwoliło nam na dostosowanie własnego bohatera, jednak po dłuższym zastanowieniu się dochodzimy do wniosku, że wygląd Henryka pasuje idealnie do jego cieciowatej nieco natury. Ale taki już jest jego charakter – nie jest on kolejnym herosem z sześciopakiem na brzuchu, który potrafi rozgromić całą armię przy pomocy wykałaczki. Jest trochę jak czysta karta, którą to my zapiszemy w trakcie gry – i to na swój sposób. Ostatecznie, poznając miasto oraz otoczenie fabularne gry wpadamy jak śliwka w kompot. Nie mam co do tego wątpliwości: gra mocno aspiruje do znalezienia się na podium gier roku, a już na pewno skradnie dziesiątki, a nawet setki godzin niejednemu z nas. 

 

Werdykt: 7/10

Dziękujemy firmie CDP.pl za dostarczenie klucza recenzenckiego.

Podziel się ze znajomymi: