Recenzja: Dying Light: The Following – świetne rozszerzenie, które pokonało Harran

Co nowego?

Zacznijmy może od najważniejszej rzeczy wprowadzonej wraz z dodatkiem, czyli od samochodu. Już w pierwszej misji gracz zyskuje pojazd, który jednak w niczym nie przypomina tego znanego ze zwiastunów. Jest on powolny, a po uderzeniu w grupkę nieumarłych błyskawicznie traci prędkość, co skutkuje dosyć szybką utratą zdrowia. Aby rozbudowywać pojazd, trzeba znaleźć na mapie odpowiednie części, samemu je wytworzyć lub wykonywać wyzwania samochodowe. Poza tym Kyle odblokował nowe drzewo umiejętności, w którym to rozwija swoje zdolności kierowania pojazdem. Autem jeździ się przyjemnie, model sterowania jest bardzo dobry, a w późniejszym czasie satysfakcja z przejechania grupki zombiaków i rozerwania ich kończyn jest przednia. Mapa też jest bardzo przystosowana do tego środka transportu, a poruszać się możemy właściwie wszędzie, gdyż nasze autko jest dosyć dobre również poza drogą.

Jak to dobrze, że nie trzeba biegać.

Jak to dobrze, że nie trzeba biegać.

Skoro już jesteśmy przy mapie, to warto by chyba i ją opisać. Tereny są interesujące, ale też bardziej niebezpieczne. Największą zmianą są gniazda przemieńców, które pojawiły się w jaskiniach. Zniszczenie ich zredukuje liczbę zombiaków w okolicy, jednak najlepiej wybrać się tam nocą, gdyż za dnia przeciwników będzie zbyt wielu, a nocą wychodzą na polowania. Wyjdźmy jednak z jaskiń i zobaczmy, co się dzieje gdzieś, gdzie sięga światło słoneczne. Wprawdzie mapa wielkościowo jest podobna do tej z podstawowej wersji gry, jednak zaznaczyć trzeba, że tutaj dosyć dużą część zajmują rozległe pola rolnicze. Mimo to twórcom należy oddać to, że potrafili zrobić ciekawe lokacje. Nie brakuje ciekawostek, interesujących lokacji czy losowych wydarzeń powodujących, że zwykła droga do celu, która zabrałaby Wam jakieś dwie minuty, potrwa znacznie dłużej.

Cześć słodziaku.

Cześć, słodziaku.

Mutantów jest tutaj jeszcze więcej niż w Harranie, więc jeśli wielkie stwory rzucające kamieniami wkurzały Was, to tutaj zalecam nauczenie się walki z nimi. Łatwiej tu o broń palną, więc w gruncie rzeczy również i walka jest łatwiejsza. Co innego walki ze specjalnymi bossami. Wirus spowodował jeszcze większe mutacje i teraz pojawili się przeciwnicy, do których pokonania zalecane jest zebranie czteroosobowej drużyny. Mogę Was jednak uspokoić – samemu też można ich pokonać, aczkolwiek jest to dosyć trudne zadanie. Oczywiście nagroda za pokonanie takiego przeciwnika jest wprost proporcjonalna do włożonego w to wysiłku.

Przez około 20 minut pakowałem w niego bełty by w końcu padł!

Przez około 20 minut pakowałem w niego bełty, by w końcu padł!

The Following wprowadziło również kilka troszkę mniejszych, ale wartych wzmianki elementów. Pierwszą ciekawostką jest kusza, dzięki której będziemy mogli pokonywać nieumarłych niczym Daryl Dixon. Szybko stała się moją ulubioną bronią i przed każdą misją poświęcałem troszkę części metalowych, by stworzyć bełty. Brakowało mi takich typowo cichych broni, bo jednak łuk był dosyć słaby. Wprowadzone zostały również poziomy legendy, ale chyba za mało czasu spędziłem w podstawce, bo nie zdążyłem wystarczająco rozwinąć ani jednego drzewka umiejętności.

1 2 3

Podziel się ze znajomymi: