Wzornictwo, wykonanie, budowa
Shozy Zero przybyły do mnie w niewielkim czarnym kartoniku. W środku znalazła się karteczka nazwana szumnie instrukcją obsługi, a także czarny, zupełnie zwyczajny futerał na słuchawki (które mieszczą się w nim bez problemu). Oprócz samych słuchawek znalazły się w opakowaniu także tipsy (łącznie mamy trzy pary: S, M, L). Wyposażenie nie jest oszałamiające, w tym zakresie cenowym to raczej ubogi komplet. Mimo to pierwszy kontakt z samymi słuchawkami zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie!
Trzeba przyznać, że wzornictwo Shozy Zero jest znakomite. Producent zdecydował się na zupełnie klasyczną elegancję, bez żadnych – żadnych! – dodatków mających na siłę uatrakcyjniać design. Zarówno korpusy Zero, jak i wtyczka oraz splitterek (i slider) zostały wykonane z palisandru. Niewielkie elementy plastikowe są prawie niezauważalne, drewno zdecydowanie wybija się na pierwszy plan. Rozwiązanie to bardzo przypadło mi do gustu. Słuchawki są bardzo eleganckie, ale przy tym neutralne, zupełnie niepretensjonalne. Dzięki temu Shozy Zero odnajdą się chyba w każdym stylu i będą dobrze komponowały się nawet z garniturem.
Sygnał przekazuje lica (skrętka kilku odizolowanych od siebie przewodów). Producent nie podaje, jaka jest czystość użytej miedzi, natomiast kabel i jego powłoka wyglądają względnie przyzwoicie, a wszystkie połączenia – przy wtyku oraz kopułkach – wydają się być w miarę wytrzymałe. Wtyczka to klasyczny, pozłacany 3-pinowy mini-jack 3,5 mm.
Co ciekawe logo producenta znajduje się tylko na wtyku, a nazwa modelu wyłącznie na splitterze. Mnie to pasuje; drewno jest w słuchawkach na tyle rzadkie, że może stanowić wizytówkę opisywanego modelu.
Jeszcze jedno: Shozy Zero to dokanałówki o najbardziej klasycznej, prostej budowie, która teraz nie jest już teraz tak często spotykana. Oznacza to prosty kształt korpusu, gumkę znajdującą się w linii słuchawki oraz kabel wychodzący prosto w dół.





