Test: słuchawki Shozy Zero – drewniany elegant

Brzmienie

Czy uzyskane w Shozy Zero brzmienie jest efektem zastosowania palisandrowej obudowy odpowiedniego kształtu, czy po prostu dobrej jakości przetworników. Zapewne rolę odgrywają obie te kwestie: w każdym razie po wielogodzinnych odsłuchach (poprzedzonych kilkudziesięciogodzinnym wygrzewaniem słuchawek) dołączyłem do grona wielbicieli Zero, zwłaszcza w ich zakresie cenowym. Te małe, drewniane słuchawki grają naprawdę dobrze!
Przede wszystkim w brzmieniu nie silono się na tanie efekciarstwo i sztuczne, wymuszone podbijanie skrajnych pasm. Shozy Zero grają bardzo neutralnie i naturalnie. To, co w ich brzmieniu odpowiada mi najbardziej, w zasadzie „pokrywa się” z zaletami, które dostrzegłem podczas opisywania ergonomii: te słuchawki naprawdę w ogóle nie męczą! Nosi się je przyjemnie i wygodnie, a grają w sposób, który zupełnie nie kłuje uszu ani nie męczy umysłu. Brzmienie recenzowanych drewnianych dokanałówek pokazuje, jak ważne jest w dźwięku jego zbalansowanie. Inżynierom Shozy udało się uzyskać balans bardzo rzadko (o ile w ogóle) spotykany w tym zakresie cenowym.

W Shozy Zero spotykamy górę pasma, która jest zupełnie nieinwazyjna i nie ma jej specjalnie dużo.
Znacznie bardziej lubię, kiedy niedrogie słuchawki posiadają delikatnie wycofaną górę, ponieważ jej mocne podbicie praktycznie zawsze w tym zakresie cenowym wiąże się z uzyskaniem dźwięku może i efektownego, ale przez pierwsze 10 minut. Później brak szczegółowości, głębi i wyważenia najwyższego pasma dają się we znaki do tego stopnia, że takich słuchawek słucha się z trudem – brzmienie męczy.
W Shozy Zero tego problemu nie da się uświadczyć, bo góra jest celowo delikatnie „z tyłu”. Rzadko zdarzają się przy odsłuchach momenty, w których górne pasmo agresywnie atakuje: prawie zawsze jest ono tylko dopełnieniem wysokiej części średnicy. Jak już wspomniałem, mnie to bardzo odpowiada. Zadowolony jestem tym bardziej, że soprany są przyzwoicie szczegółowe, pełne i mimo ich wycofania w utworach można dostrzec ciekawe elementy. Największym plusem góry jest dobre zestrojenie ze średnicą i jej nieinwazyjność, przy zachowaniu pełni przekazu tego pasma.

Średnica jest w Shozy Zero bardzo wyrównana, nieefekciarska, ale za to bardzo naturalna. Instrumenty akustyczne i wokal brzmią naprawdę dobrze, głęboko, wystarczająco szczegółowo i przede wszystkim – raz jeszcze – naturalnie. Może się wydawać, że słowa „naturalnie”, „przyjemnie”, „wyważenie” itp. pojawiają się w tej recenzji zbyt często, ale naprawdę to one stanowią o mocy dźwięku Shozy Zero. To brzmienie broni się naturalnością i brakiem podkolorowania przekazu, rzadko zdarzają się słuchawki za około 200 złotych, które proponują tak dojrzałe podejście w kwestiach brzmieniowych.
W każdym razie średnica jest mocno zarysowana, pełna i płynnie przechodzi w soprany i w dół pasma. Świetnie wypada przede wszystkim w utworach, w których na pierwszym planie znajduje się wokal, ale też w melodycznym rocku. Shozy Zero najlepiej radzą sobie w utworach ciekawych, ale nie bardzo żywiołowych, wtedy bogactwo średnicy i jej zbalansowanie – we własnym zakresie i z pozostałymi pasmami – ujawniają się w pełni.
Górna część średnicy bywa czasami (rzadko) zbyt ostentacyjna i w niektórych utworach może być lekko kłująca, zbyt słabo kontrolowana, szczególnie na wyższych poziomach głośności.

Jeśli miałbym mówić o podbiciu któregoś pasma, najprędzej byłyby to niskie tony – a raczej ich część. Moim zdaniem jest to podbicie stosunkowo delikatne, które nie czyni z Shozy Zero od razu dokanałówek o intensywnie basowym charakterze. Trzeba jednak przyznać, że ze wszystkich części dźwięku to na basową część jest położony najsilniejszy akcent. Na szczęście basy w żaden sposób nie wyłamują się z przyjemnego, zrównoważonego charakteru brzmienia. Ich podbicie jest na tyle stonowane, że na pewno nie zadowoli bassheadów, ale przy tym – na szczęście! – nie zakłóci spójności całego przekazu muzycznego i nie zagłuszy pozostałych pasm.
Basy są zatem w Shozy Zero raczej pierwszo- niż drugoplanowe. Najbardziej podkreślona jest ich średnia i średnio-wysoka część, co skutkuje miękkością tej części utworów. Moim zdaniem basy nie schodzą nisko, uważam wręcz, że najniższego basu w toku utworów prawie nie ma, ustępuje on w całości miejsca średnim i wyższym częściom tonów niskich. Mimo że bardzo lubię najniższe pasma basu, ich mała ilość nie zakłócała mi przyjemności z odbioru muzyki na Shozy Zero. (Słuchawki są oczywiście w stanie transmitować część sub-basu, np. przy wyizolowanej linii gitary basowej, natomiast zanika on przy większej ilości zdarzeń na scenie muzycznej).

Scena muzyczna mogłaby być dużo szersza i głębsza. Niewielką przestrzeń Shozy Zero nadrabiają świetnym, precyzyjnym i bardzo przekonującym umiejscowieniem instrumentów na scenie. Wykorzystanie stereofonii, uporządkowanie sceny i brak niekontrolowanego przenikania się poszczególnych planów muzycznych – to sprawia, że ogólna przestrzenność w recenzowanych słuchawkach stoi na wyższym od przeciętnego poziomie. Bardzo szkoda, że scena nie jest większych rozmiarów, traktuję to jako minus tych słuchawek, ale… Można powiedzieć, że tę niewielką scenę, którą tworzą, wykorzystują w 101%.
Separacji bardziej brakowało mi w zasadzie tylko w pojedynczych utworach muzyki klasycznej, dzięki przyjętej charakterystyce brzmienia (nieefekciarskiej) Shozy Zero nie mają problemu z kontrolowaniem tego, co dzieje się w muzyce i z odpowiednim izolowaniem ścieżek.

Z napędzeniem słuchawek nie miałem w zasadzie żadnych problemów. Zarówno z HiFime 9018D, jak i z Sony F805 zagrały one na bardzo dobrym, w pełni akceptowalnym poziomie. Zależnie od wybranego źródła zmieniał się trochę (nieznacznie) charakter niskich tonów, wypełnienie całości dźwięku, natomiast nie określiłbym Shozy Zero jako słuchawek trudnych do napędzenia ani szczególnie podatnych na tor audio – zresztą raczej nie ma co się tego spodziewać po słuchawkach z tego zakresu cenowego. Przypuszczalnie te drewniane dokanałówki sprawdzą się nawet na zintegrowanych kartach dźwiękowych, chociaż nie należy liczyć na to, że pokażą chociaż część swoich możliwości – szczególnie w sferze przestrzenności dźwięku.
Na marginesie, moim zdaniem Shozy Zero zdecydowanie tracą dużą część swojego uroku przy dużo wyższych poziomach głośności. Takie słuchanie średnio się komponuje z ich charakterem.

1 2 3 4 5

Podziel się ze znajomymi: