Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”

Obłoki dziwnej zielono-niebieskiej mgły w jednej chwili znieruchomiały i jak pozbawione energii opadły na ziemię, znikając. Z pomiędzy ciemnych chmur na niebie promienie słońca wyjrzały śmielszym, jaśniejszym światłem. Geralt splunął na ciało zdekapitowanego wampira i usiadł ciężko, opierając się bez sił o nagrobek. Reszta ludzi wchodzących na cmentarz podbiegła, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Do wiedźmina przybiegł Rusty.
– Pobiegliśmy na cmentarz, jak tylko zaczęło grzmocić! – powiedział zasapany krasnolud, dobiegając do bezwładnie siedzącego wiedźmina. – Nie dało się tego nie obserwować, hałasowało tak, że było słychać pewnie aż na brzegach wysp Skellige. Uff, moje serce – zadyszał krasnolud, gdy próbował złapać oddech. Następnie wskazał wielkim paluchem na sztywne ciało – To on? To koniec? Geralt, sprawa załatwiona?
Wiedźmin westchnął i oparł głowę na nagrobku.
– Czy to on odpowiadał za tę klątwę, pytasz?
Tak. Czy to koniec i sprawa załatwiona, Rusty? A tego, powiem ci, nie wiem. Nie mam bladego pojęcia – odrzekł wiedźmin.
– No ale zabiłeś go, sam widziałem, jakimś wiedźmińskim szmelcem, a jego flaki, o, na pół stajania z głowy wyskoczyły, to już nie wróci, mam rację?
Geralt nie skomentował. W zasadzie nie było czego komentować. Rusty tylko patrzał to na martwego wampira, to na wiedźmina i cofnął się dwa kroki, lekko przestraszony.
– Nie wiem Rusty, Tak to już jest z wampirami.
Ale na jakiś czas miasto powinno mieć… spokój – dokończył z wysiłkiem Geralt.
Nastała dziwna cisza, przerywana prawie niemym powtarzaniem przez Rusty’ego „Wampirami”. Po chwili przybiegł młodzieniec, zdyszany, ale radosny zaczął się śmiać i krzyczeć.
– Ale mu pokazałem, nie?! Niech skonam, żeby mnie moje ojce i dziadkowie widzieli, powiedzieliby, że w końcu zacząłem zachowywać jak mężczyzna, co nie, Geralt, Geralt?
Ale wiedźmin, oparty o nagrobek, zasnął.
– Cholera, chłopaki, do lazaretu z nim – krzyknął krasnolud, kiedy wiedźmin jeszcze był odrobinę przytomny.

Gdy otworzył oczy leżał na tym samym katafalku, na którym leżał ostatnio dłuższy czas. Tym razem jednak wiedźminowi wcale to nie przeszkadzało, patrzył tylko nieruchomo w kamienny strop kaplicy. Do pokoju, przez jedyne tam drzwi, wszedł Rusty, a za nim promienie jasnego słońca.
– O, pobudka! – stwierdził Krasnolud. – Cholera, myślałem, że się już nie obudzisz, czarowniku – dokończył, podchodząc do blatu. – Szyja nie boli? Nieźle cie ten stwór rozorał, poruszaj mi tu głową, w lewo, w prawo, no, raz dwa.
Geralt posłusznie poruszał głową, oglądając to jedną ścianę, to drugą. Zakrzepła krew na szyi przeszkadzała, ale nie był to ból nie do przeżycia.
– No, spokojnie, wojowniku, będziesz żył. Masz tu, pij. – Krasnolud przytknął wiedźminowi szklankę wypełnioną do połowy, po czym popchnął go w głowę. Geralt zajęczał.
– O, przepraszam, księżniczkę, racz wybaczyć mą chamską niedelikatność. No, za tatusia. – I przytknął mu szklankę do ust.
Geralt wypił jednym haustem i mało się nie udusił.
– Mandragora – stwierdził niemrawo Geralt.
– A tak, mandragora. Po naszej wczorajszej libacji skończył nam się zapas, a nie miałem zamiaru znowu pozwalać ci pić te twoje świństwa. Nie dlatego że mam cię gdzieś, tylko znowu nie dałbyś pacjentom spać, a i ja sam muszę być wyspany do pracy. Przezorność, rozumiesz. – Odstawił szklankę na blat, zajmując się szyją wiedźmina. – Trzeba było nie iść tam samemu. Mało żeś ducha nie wyzionął, tam na cmentarzu. Mogłem posłać kogoś do Vengerbergu po tę czarodziejkę, jak jej tam…
– Nie, wykluczone. Właśnie dlatego poszedłem sam – zastękał w konwulsjach Geralt.
– Skoro tak mówisz… A co do mandragory… 
Nie uwierzysz, ile tu tego po wsi było, musieli ją pędzić, kiedy nie mieli problemów. –Krasnolud wziął tacę z narzędziami i odszedł drobnym krokiem do pokoju obok. – Tak, niby przypadek, ale kto by pomyślał, taka zapadła wiocha. To się nazywa ukryte walory… Nie oceniaj książki po okładce… – zamruczał krasnolud, ale echo odbijające się od kamienia było dla Geralta słyszalne.
Wiedźmin leżał tak jeszcze jakiś czas, myśląc. Potem mandragora z beladonną zaczęły działać i zasnął.

– To prawdziwe szczęście że akurat tydzień po rozpoczęciu tej całej burzy wyjechałeś z Vengerbergu, Geralt – powiedział Rusty, zdejmując mu opatrunek i przemywając szwy ściereczką z bimbrem. Gdy ta była dostatecznie sucha, lekarz odsysał nadmiar cennego trunku, wywalając szmatę na podłogę i biorąc nowy materiał.
– Przypadek, ale szczęśliwie zakończony, nawet jeśli pechowo się zaczęło – plótł dalej, nie zwracając uwagi na nic innego, zajęty opatrywaniem. – Bo jak inaczej nazwać ten przypadek? Przeznaczeniem? Jako lekarz mogę powiedzieć tylko tyle, że moje lekarskie przeznaczenie nie było dziełem przypadku, trudno więc mówić o przeznaczeniu. Ot przypadek, świat jest mały, a jeszcze mniejszy, kiedy zaczniemy go dzielić jak włos, na czworo.
Geralt nie skomentował, przyzwyczaił się do swojego łóżka tak mocno, że nie miał najmniejszej ochoty przerywać luksusu twardego kamiennego postumentu z ułożonym na nim zwykłym siennikiem.
– Przypadek, że akurat byłem w Vengerbergu i szczęśliwie uniknąłem oberwania konfiturą z truskawek; przypadek, że po wybraniu celu przybycia akurat na mnie spadł palący problem. I przypadek, że to ciebie mogłem spotkać na cmentarzu obok. Przypadek. Albo cała więź przypadków – dokończył Rusty. – Bo jeśli z pierwszego przypadku wyniknie kolejny przypadek, to on jest i nie jest tym przypadkiem. Implikacja – stwierdził.
– O czym ty mówisz, Rusty, jaka implikacja? – Geralt, którego zdążyła rozboleć głowa od ciągłego gadania, potarł się nasadą dłoni po czole.
– Implikacja, czyli negowanie negacji. Tak w skrócie. Jeśli dany element jest nacechowany wydźwiękiem pozytywnym bądź negatywnym, to następny element wynikający lub nakierowany w poprzedni, a będący tak samo nacechowany jak ten poprzedni, nie może zwiększyć tej cechy dwukrotnie pierwszemu. Cecha negatywna nadal jest cechą negatywną, i vice versa – ciągnął wywód Rusty mentorskim tonem. – Czyli, jeśli przyjmiemy, że zło jest złem, to działając na dane zło złem o takiej samej wielkości, nadal nie możemy zwiększyć wagi tego pierwszego zła, bo są takie same. W konsekwencji możemy użyć zła do pozbycia się zła, gdzie to drugie, służące dobru, swoim zachowaniem przypomina to mityczne mniejsze zło, samemu jednak takim nie będąc. Czyli jednocześnie to drugie zło jest i nie jest mniejszym złem.
– Jednocześnie – Geralt stęknął – to my już przeszliśmy od rozpraw medycznych po filozofię i etykę? – zadrwił wiedźmin, nie wiedząc, co powiedzieć.
– A, jakoś tak wyszło. – Uśmiechnął się Rusty, jednak widząc, jak Geralt marszczy czoło w dziwnym grymasie, nie ciągnął dalej tematu, nucąc sobie pod nosem krasnoludzkie piosenki i przemywając postawione szwy.
– Czyli według tego, co powiedziałeś – zaczął powoli temat Geralt – możemy mieć do czynienia z przypadkiem, który jednocześnie tym przypadkiem nie jest, tak? – zapytał, a myślenie jeszcze nie przychodziło mu łatwo.
– Ponieważ przypadek wyniknął z wcześniejszego przypadku, tworząc więź, taki ciąg przyczynowo-skutkowy, tak. – Rusty skończył zmieniać opatrunek, rozpalił obok Geralta ziołowe kadzidełko i zwinął narzędzia na tacę. – No, gotowe, jutro albo pojutrze będziesz mógł ruszać dalej, eliksiry są u mnie w szafce, nie dam ci ich, bo jeszcze je weźmiesz jak kto głupi i nie dasz nam spać, czarowniku – powiedział do Geralta, ale ten znowu zasnął twardym snem.

Niebieskie niebo z małymi białymi chmurkami przenikało przez niezamalowane fragmenty witraży. Geralt siedział na zydelku, żeby jego lekarz nie musiał skakać w celu ustalenia stanu zdrowia swojego pacjenta.
– No, szyja zagojona, wydaje się w porządku. Ha, zdumiewające, ścięgna w normie, mięśnie w pełni zregenerowane. I to wszystko bez eliksirów, wystarczyły dwie doby poświęcone na sen! Nie wiem, co ci odwaliło, żeby brać te swoje specyfiki, ale doradzę ci, jak nie musisz, nie bierz.
– Oczywiście, panie doktorze, zapamiętam tę radę, była niezwykle cenna – zadrwił wiedźmin.
– Nie drwij, Geralt – powiedział krasnolud, wyczuwając zmianę w głosie. – Na bogów wszelakich, jeśli istniejących, nie jesteś sam na tym świecie, nie możesz myśleć o wszystkim przez pryzmat siebie – powiedział Rusty, badając odruchy warunkowe wiedźmińskich palców.
– Nie ciągnij tego tematu, krasnoludzie – powiedział wolno wiedźmin. – Baw się ogniem jeśli wola, ale nie moim, bo się sparzysz.
Krasnolud zaśmiał się otwarcie: – Nie muszę, i tak wszystko wiem. A przynajmniej większość – dodał z uśmiechem, patrząc szelmowsko wiedźminowi w oczy.
Geralt zacisnął oczy.
– Czarna mewa – stwierdził. – Czemu nie powiedziałeś, że wszystko sam wygadałem? – Zacisnął zęby Geralt, wściekły na samego siebie i swoją wybitną głupotę.
Krasnolud zasępił się, dokończył badanie i odparł: – A co by to zmieniło?
Geralt nie odpowiedział.
– No, tu masz swoje eliksiry, bierz i schowaj je przy koniu, tam gdzie były, koń stoi…
– Wiem, gdzie stoi Płotka – odpowiedział nerwowo Geralt. – To wszystko?
– Tak, to będzie wszystko – zakończył krasnolud. – A co do nagrody…
Wiedźmin uśmiechnął się: – Nie musicie mi płacić, nie ma po co, dużo się tu nauczyłem.
Tu Krasnolud zamarł wybałuszając oczy.
– Nauczył, a niby czego?
Geralt postał tak chwilę przy drzwiach, nie wiedząc, od czego zacząć. W końcu podjął temat.
– Widzisz, Rusty, wykładowco chirurgii na akademii oxenfurdzkiej… – zatrzymał się na chwilę, żeby wziąć oddech. – Do tej pory doświadczenie uczyło mnie raczej, że wszyscy kłamią, nie ważne o co. Niektórzy chcą po prostu wybielić swoje postępowanie w oczach innych lub swoich, inni chcą przypisać bohaterskie czyny samemu sobie, niż pozwolić komuś spijać śmietankę, jeszcze inni widzą w kłamstwie źródło zarobku. A tu wszystko było szczere. 
Dziwne, ale pierwsze wrażenie przy bramie do miasta było cholernie dla niego krzywdzące, jak teraz o tym myślę. Przypadkiem akurat w tym mieście spotkałem ciebie, szczerego krasnoluda leczącego ludzi w niedoli, bo tak wypada, młodzieńca, który opowiedział historię, nie zatajając żadnych wad ani problemów, swoich i innych, by okazać samego siebie w lepszym świetle. A kiedy przyszło co do czego nawet ten, który za tym wszystkim stał, nie zająknął się przy usprawiedliwianiu swoich racji. On nie był jednym z tych robiących swoje dla wyższych racji, okłamując samego siebie, on działał, tak o, po prostu. Wszystko w tym mieście było dziwnie nienaturalne, ale i prawdziwe, autentyczne. A ja nie musiałem bać się, że podczas mojego letargu cały mój dobytek zostanie rozkradziony przez szabrowników, tak przecież częstych w czasach, można by to ująć, skrajnych. A teraz przychodzi co do czego i ty jeszcze chcesz zaoferować mi wypłatę, krasnoludzie? Nie, nie przyjmę tego od was, choćbyście nie wiadomo, ile oferowali. Po prostu. Ot tak.
Nastała niezręczna cisza. Krasnolud i wiedźmin patrzyli sobie nawzajem w oczy. W końcu krasnolud odcharknął i splunął.
– Skoro tak, Geralt, to powodzenia na szlaku. Wiedźminie.
Rusty wyciągnął do niego swoją prawicę. Geralt uścisnął ją, uśmiechnął się do krasnoluda. Do pokoju wpadł jakiś człowiek, zapowietrzając się i tłumacząc coś niezrozumiale
– Co? Tak, już idę. No, Geralt, to ja wracam do pracy, pacjenci czekają. – Po czym wyszedł.
Geralt po dłuższej chwili wyszedł za nim, otworzył drzwi frontowe kaplicy, niebo jaśniało błękitem. Wiedźmin poklepał się po skórzanej kieszeni, w której wyczuł łańcuszek. Otworzył ją, żeby sprawdzić, czy to ten sam co wcześniej.
To był ten sam.
– 
Ja też – odpowiedział cicho.
I odszedł.

KONIEC

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Podziel się ze znajomymi: