Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”

Wiedźmin siedział na jednym z wytwornych krzeseł pokoju gościnnego, świece kandelabrów rozjaśniły się już na tyle, by światło było wyraźne, za oknem postukiwał deszcz. Jego niedoszły uratowany niósł teraz w ręku metalowy czajnik z wrzącą wodą i nalewał do ładnych, ale małych porcelanowych filiżanek wodę, zalewając liście herbaty. Sam miał mokre włosy, a na szyi wisiał mu ręcznik do regularnego wycierania spływających kropel. Choćby najmniejszych.
– Szkoda gadać, po prostu szkoda sobie ryja strzępić – odpowiedział młodzieniec, odkładając czajnik na piecyk. – Od czasu, kiedy kupiłem i wyremontowałem tę ruderę, nic spokoju nie mam. Całe szczęście, że nie tylko ja, bo by się pochlastać można było. – Młodzieniec usiadł, wytarł sobie ręcznikiem uciekającą po policzku kroplę i wziął łyk gorącej herbaty, wzdrygnął się.
– Pomijając wstęp i zwroty grzecznościowe, możesz mi powiedzieć, jak te ghule dostały się tu przez wysoki szpaler z żywopłotu? Bramę miałeś zamkniętą – powiedział wiedźmin, z wyrzutem opierając się bardziej na krześle i również popijając herbatę.
Miecze stały w kącie, obok wieszaka przy wejściu do domu. Wewnątrz było bogato i, co było dziwne, piękno bardzo odstawało od miejskiej brzydoty, do jakiej przywykł jeszcze przed chwilą.
– Nie wiem, podlewałem sobie kwiatki, hortensje, które właśnie zasadziłem do hodowli cebulek, kiedy, no nie śmiej się tylko, pojawił się obłok tego zielonego dymu. Potem tylko warknięcie i wyskoczyły na mnie te diabły – dodał, wypijając znowu łyk herbaty. – Całe szczęście, że nie sprzedałem jeszcze tego miecza po dziadku – powiedział młodzieniec, opierając się na klindze jak na drewnianej lasce. – Mahakamska stal, nowoczesny styl wykuwania i ostrzenia, dziadek był najemnikiem, wiedział, co mu było potrzebne. Mawiał też – dodał, dziwnie patrząc na Geralta – że nawet wiedźmini nie powstydziliby się takiego miecza.
Geralt objął rękoma brzuch i mocniej oparł się o krzesło.
– Prawda, poznaję tę sztukę kucia, głownia jest podobna do mojej, chociaż nie identyczna, trzydzieści osiem i pół cala? – zapytał wiedźmin.
– Trzydzieści siedem – odparł młodzieniec. – Mój dziadek do wysokich i silnych nigdy nie należał, tak i miecza nie potrzebował dużego, żeby nim wywijać. – Młodzieniec uśmiechnął się szelmowsko. – Ale co z tego, jak i mi na padole trzydziesty rok leci, a ja z wojownikiem to mam tyle wspólnego co metal z konewką – westchnął.
– Jednak coś umieć musiałeś, inaczej nie stawiłbyś tak długo oporu grupie ghuli. Zwykli ludzie zazwyczaj nie mają jak się bronić. – Geralt łyknął kolejny raz ciepłej herbaty, zdążył już wyschnąć od rozchodzącego się ciepła. Geralt myślał, że młodzieniec zaraz odpowie, jakie to miał trudne dzieciństwo i jak bardzo katowali go treningiem, ale mylił się.
Młodzieniec milczał, patrząc na klingę i za okno, pijąc powoli herbatę.
– No – zaczął ponownie wiedźmin – ale ja tu nie dla rozmów o mieczach i metalurgii, ja w sprawie tych anomalii, które widzimy. Czy możesz mi powiedzieć, co i dlaczego tu się dzieje, co jest nie tak i dlaczego te ghule tak się uwzięły na ten dom, mimo że dojście od zewnątrz jest utrudnione? – dokończył z naciskiem, odkładając filiżankę i patrząc na młodzieńca.
Ten tylko westchnął, puścił klingę, tak że po prostu sama z siebie upadła byle jak na podłogę z głuchym odbiciem. I zaczął.
– Dom ten odkupił za wielką sumę właśnie mój dziadek, mówił, że to po którymś z burmistrzów Gulety, co nie miał dzieci ani testamentu, więc nie było do końca wiadomo co z tym zrobić. Dziadek, jak już wiesz, wiedźminie, trudnił się najemnictwem, a że wojenek od zawsze był dostatek to i pieniędzy zawsze było pod dostatkiem. – Golnął sobie herbaty i ciągnął dalej. – Zawsze, pamiętam, mówił też, że pieniądz sam w sobie jest nic nie wart, a to, co po nas zostanie i zarośnie drzewami czy inną niezadbaną roślinnością, to architektura, o ile jakaś inna istota żywa jej nie rozpieprzy w drobny mak, i nie mówił tylko o ludziach. – Odstawił filiżankę i tak odbił się na krześle, że prawie się przewrócił. Geralt tylko uniósł brwi. – Tak więc tak to nam się życie toczyło, nigdy nie opowiadał o powodach, dla których mogliśmy osiąść w tym domu, tak pięknie niewspółmiernym do reszty miasta. Zacząłem jednak samemu szukać powodów, w historii. Podsłuchiwałem trochę ludzi, gdy tylko jakiś starszy człowiek rozprawiał o lepszych czasach i historii miasta. Stąd wiem, przypadkiem oczywiście – dodał, machając dziwnie głową – że nad tym, z braku innego słowa, dworkiem, władzę sprawował burmistrz który nazywał się – odchrząknął – Edward vanKulenberg, jeśli dobrze to wymawiam. Ten namiestnik tutejszych władz któregoś dnia zakochał się niebezpiecznie w niejakiej Isabelli Cobman, nigdy nie wiedziałem, skąd te ludzie takie dziwne nazwiska biorą, ale nie ode mnie to zależy. – Zamachnął się ręką i spojrzał na obraz wiszący na ścianie wzdłuż wejścia do domu. – O, to oni. Zobacz, jaki sobie obraz na ślub machnęli, w złotej ramie, rozumiesz?
Geralt, który już dłuższy czas spoglądał na ścianę, dopiero teraz przyjrzał się uważniej. Brązowe oczy nowej żony namiestnika i jasnobrązowe, a nawet pomarańczowe oczy męża kolorystycznie aż biły po oczach, odgryzając się od raczej zobojętnionej kolorystyki całego obrazu. Prawie jak dwór odgryzający się pięknem od gówna w mieście. Geralt odchrząknął, i wrócił do tematu.
– Skoro więc byli szczęśliwi, to komuś pewnie nieszczególnie to pasowało, oboje pewnie zginęli w dziwny sposób, a jakaś tam klątwa, której nie znamy, utrzymuje się nad grodem do czasu całkowitego wybicia i jej wypełnienia – dokończył spokojnie wiedźmin i wypił resztę herbaty. – Mylę się?
Młodzieniec spojrzał Geraltowi w jego wąskie oczy.
– No, nie całkiem. To, że mariaż przeszkadzał komuś, to wiemy nie od dziś, wszystko wychodzi w praniu. Bella była córką dość wpływowego komendanta straży miejskiej. Do tego komendant był okropnym paranoikiem i rasistą. Jak tylko usłyszał o mariażu, uknuł plan nie do końca dla każdego jasny – westchnął młodzieniec. – Bo widzisz, Geralt, zazwyczaj ludzie cieszą się, gdy ich dzieci wychodzą za mąż z rozsądku, Bella i jej małżeństwo z burmistrzem mogło wyjść tylko na dobre dla niej i dla jej ojca. No, ale nie w przypadku – dodał szybko młodzieniec – kiedy to ojciec ma wysokie ambicje, których nie może pogodzić z graniem drugich skrzypiec w mieście.
Młodzieniec spochmurniał, deszcz za oknem powoli przestawał padać, znad mgły o niebieskiej poświacie wyłoniły się słabe promienie słońca.
– Kończąc już opowieść: jej ojciec zaczął podburzać ludzi do buntu, który później przerodził się w najzwyklejszy w tych miejscach…
– Pogrom – dokończył wiedźmin, potakując głową.
Młodzieniec również kiwnął.
– Więc wszystko jasne – powiedział wiedźmin – jej ojciec rozpoczął pogrom, który najpewniej wymknął się spod kontroli i za który przypłacił życiem. Twój dziadek ogarnął burdel, bo był najemnikiem, ale przede wszystkim człowiekiem czynu, niejedno w życiu widział i wiedział, co trzeba zrobić. Później mieszczanie rozpoczęli szturm z kosami i pochodniami, za co życiem przypłacili mieszkańcy dworku, a sam dworek w nagrodę przypadł twojemu dziadkowi, który jednak zapłacił za niego byle jaką sumę, żeby ludzie nic nie mówili. – Młodzieniec kiwnął głową, uśmiechając się dziwnie do Geralta. – Nadal jednak nie rozumiem, gdzie tu miejsce dla klątwy, którą widzimy. Nie raz widziałem i czytałem o klątwach krwi, które czy to opanowane, czy poza kontrolą, wywołują chmurę miazmy i różne anomalie magiczne. Nasz Edward musiał być po prostu czarnoksiężnikiem, który mając do dyspozycji moc krwi niewinnych nieludzi z pogromu, nałożył na to miejsce właśnie taką klątwę i to z nim ta klątwa musi być związana.
Chłopak milczał, patrząc na wolną kroplę deszczu na szybie
– Jednak nadal musimy wiedzieć, na kim ta klątwa ciąży, bo możemy tak mówić, jest skupiona, w końcu jedyny przeciwnik i wróg naszego czarodzieja zginął od rewolucji, którą sam zaczął. Wtedy klątwa sama w sobie nie miałaby żadnych możliwości utrzymania się i zwyczajnie by wygasła. A ona czekała, aż tydzień temu coś się stało, nie do końca wiadomo co, i aktywowana klątwa jak na komendę zamieniła życie ludzi w piekło.
– Wyborna dedukcja, wiedźminie – powiedział po dłuższej ciszy młodzieniec. – Skąd ty to wszystko wiesz?
– Rutyna – odpowiedział niedbale Geralt. – Gdy będziesz żył tak długo jak ja i zajmował się swoim równie długo, zaczniesz dostrzegać pewien schemat w różnych przypadkach. Ludzie zazwyczaj są przewidywalni i do pewnego stopnia można z tym walczyć. Najgorsze jednak są anomalie ludzkie, które są tego świadome – dokończył. – Wtedy czasami trzydzieści lat rutyny na nic i trzeba improwizować.
Kropla deszczu była już całkiem na dole. Geralt wstał.
– Muszę iść na ten cmentarz, a teraz wiem, czego tam szukać – powiedział. – Otwórz, proszę, tylko tę bramę, żebym nie musiał znowu się wspinać.
I powiedz mi, proszę, w którym miejscu są nagrobki tych dwojga, o których mówiłeś? – dokończył niecierpliwie wiedźmin, zakładając miecze na plecy.
Mężczyzna uniósł brwi i spojrzał przez okno
– O tam, gdzie największa krypta.
Geralt zaklął.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Podziel się ze znajomymi: