Rusty nie zwracał na nic uwagi. Gdy miał w ręku igłę i nici, mógł tylko rozmawiać pogrążony w swojej pracy. Krasnolud miał rękawy koszuli zakasane do łokcia, na stoliczku obok stała miska z wodą i czysta szmata. Wiedźmin leżał sztywno. Katafalk, na którym leżał, był twardy i mało wygodny, trudno było nazwać go łóżkiem. Z ubocza Rusty, wpatrzony w swoje arcydzieło, zaszywał dalej ranę na boku wiedźmina, przemywając ją co jakiś czas czystą wodą z miski.
– Teraz to wszystkiego bym się spodziewał po tym przeklętym miejscu – wymamrotał Rusty. – Absolutnie wszystkiego. Takie spokojne to było miasto, a tu dzień, dwa i nic. Niebo, jak się zaciemniło, tak od paru dni jest ciemne, przejaśnia się tylko wtedy, gdy nie pada, czort wie, kie to licho przyniosło. Tyle trupów, tyle śmierci…
Geralt nie skomentował. Leżał sztywno na katafalku przerobionym na posłanie. W uszach dzwoniło mu mniej, dopiero teraz zaczął słyszeć oddechy, kaszlnięcia i rozmowy innych.
– Kim… kim jesteś? – zapytał wiedźmin zbity z tropu po nagłej zmianie scenerii, której nie kojarzył. – Możesz wyjaśnić, co tu się dzieje?
Rusty zastygł na chwilę, wzruszył ramionami i znowu zaczął stawiać kolejne szwy.
– Trudno stwierdzić, wiedźminie. Nie dawniej jak parę dni temu przybyłem tu, do Gulety, w interesach medycznych… a, bym zapomniał. – Rusty pacnął się łokciem w czoło. – Jestem Rusty, wykładowca chirurgii na akademii Oxenfurdzkiej – powiedział, patrząc na czoło wiedźmina.
– A ja Geralt, miło mi – rzucił niedbale wiedźmin w powietrze, nie ruszając głową.
– Wiem, kim jesteś, Geralt. W zasadzie tylko dlatego cię wyratowałem, ale dlaczego ty, wielki wiedźmin, biały wilk, dałeś się popłatać byle Ghulowi? Czyżby ciebie też brało to choróbsko?
Geralt odetchnął. Przez krótki czas zdążył zapomnieć, w jakim miejscu się znajduje, nie mówiąc o tym, co stało się wcześniej. Nie chciało mu się jednak z cyrulikiem rozmawiać na ten temat ani niczego tłumaczyć: – Długo by gadać – odparł, kładąc sobie rękę na czole.
– A i dobra – powiedział Rusty – nie chcesz, nie musisz. Jako lekarz nie muszę wiedzieć wszystkiego, byle by to, co wiem, starczyło do ratowania życia – odparł, kończąc zaszywanie blizny. – No, gotowe. Przez jakiś czas jednak radzę ci poleżeć, bo ci szwy puszczą i od nowa problem będzie.
– Nic mi nie będzie, podaj mi tylko moje… Cholera, zostały przy koniu… – Geralt zamknął mocno oczy.
– Cały twój dobytek jest tutaj, o proszę – Rusty wskazał paluchem na zakrystię przerobioną na składzik. – Tam z tyłu był ładny korytarz otoczony filarami, dobre miejsce na stajnię, to tam ją urządziliśmy, żaden ghul do tej pory nie dotarł. – Dumnie prostując pierś, Rusty potarł się po brzuchu.
– Muszę… wziąć… jaskółkę… – powiedział wiedźmin, próbując wyrwać się z odrętwienia.
– O co to, to nie! Nie ruszysz mi się stąd przynajmniej do rana, wiedźminie, leż, ja przyniosę ci te twoje eliksiry. – Pacnął go lekko pięścią po brzuchu, Geralt osłabiony stracił na chwilę oddech.
Rusty poszedł do sąsiedniego pokoju, odgarnął jakieś instrumenty, brzmiące z tej odległości jak metalowe garnki, wiadra i jakieś kubki, odrzucił parę zardzewiałych mieczy, nakurwił trochę pod nosem i wyciągnął skórzaną sakwę ze skrzynką.
– Sprzątaczka nie zostawiła na swoim miejscu – narzekał dalej cyrulik.
Wrócił do pokoju, Geralt już prawie siedział, jednak Rusty szybkim ruchem otwartej dłoni pacnął go w pierś. Geralt z powrotem opadł ciężko na katafalk, patrząc w strop.
– No masz, białowłosy, wyciągaj i bierz, ale ruszyć ci się nie pozwolę, masz mi się tu kurować, leż do rana. Ja muszę iść do innych na obchód, niedługo tu do ciebie wrócę. No, odpoczywaj – Rusty, kładąc sakwę na stoliczku obok, wyszedł przez jedyną obsadzoną drzwiami framugę drzwi i zamknął je z łoskotem, przekręcając klucz. Geralt sapnął ciężko, pomyślał sobie, że jeśli jeszcze raz krasnolud swoją wielką ręką klepnie go po żebrach, to w końcu wyzionie ducha na dobre. Wyciągnął przed siebie jedną rękę, była akurat na wysokości stolika, przysunął do siebie sakwę, wyciągając z niej kuferek z eliksirami. Otworzył, obejrzał zawartość fiolek, zdziwiony faktem, że kiedy pół roku temu odkładał go stajennemu, były w większości puste, a teraz wszystkie były uzupełnione pod sam korek i świeżo zapieczętowane. Pieczęcie pachniały dziwnie znajomo. Geralt nie wytrzymał, szybko odciągnął głowę do tyłu, zapominając o tym, że leży.
Rąbnął się z całej siły w katafalk i krzyknął z bólu, powstrzymując się na końcu przed nadmiernym wypuszczeniem powietrza. Przeklinając siebie i wszystko, na czym świat stoi, odkorkował dwie fiolki i wypił po połowie każdej. Zdążył tylko zakorkować je z powrotem i niedbale wrzucić do kuferka, i zasnął w głęboko, pogrążony w letargu, bo jaskółka z czarną mewą właśnie zaczęły się wchłaniać.
Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”