Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”

Powietrze na cmentarzu było gęste i parne, jak zupa. Zielona mgła otaczała wiedźmina zewsząd, a co kilka kroków atakował go kolejny potwór. Albo pojawiał się po prostu. Znikąd. Eliksiry zdążyły zacząć działać, olej na brzeszczocie srebrnej klingi mienił się bladymi iskrami, za każdym kolejnym ciosem wywołując strugę światła. Wiedźmin szedł powoli. Parł w postawie do przodu, rąbiąc każdego napotkanego potwora. Ghule, alghule, pojawiły się nawet graviery. Geralt tracił powoli rachubę w dziwieniu się. Potem przestał się dziwić. Na placu przed nim z prowadzącymi do niego schodami stała ta sama dziewczyna, wierna opisowi zarówno Rusty’ego, jak i chłopaka z domu pod bramą. Jej ręce przenikały w nadgarstkach ze zwykłej skóry do poharatanej, najeżonej cystami z krwią i przenikającej w trzy duże pazury u każdej z dłoni. Włosy miała rude, rozpuszczone i do wysokości obojczyka. Była naga, małe piersi sterczały na chudym torsie. Dookoła faktycznie było pełno zielonej mgły, a ona sama, co było dziwne, otaczana była przez latające po niej zielone dziwne błyski. Geralt zdziwił się, chociaż nie było już czemu.
– Alp – stwierdził głośno wiedźmin, stając w postawie do ataku. Z oddalonej krypty dobył się cyniczny śmiech. Następnie z obłoków jak z wielkiego pieca zaczął wyłaniać się cień wysokiej postaci. Schodziła powoli po schodach prowadzących z krypty do placu, na którym stali, ręce miała złożone, włosy krótkie i błyszczące, ulizane świeciły się w rzadkich promieniach słońca. Geralt zaczął okrążać postać, szukając miejsca do ataku, lub możliwej ucieczki. Postać wyszła z mgły, stanęła obok alpa, kładąc jej dłoń na ramieniu, za nim wiedźmin zobaczył kilka małych elementów błyszczących w istocie, wiedział już, z kim ma do czynienia.
– Wampir – stwierdził. Postać po raz kolejny zaśmiała się, otwierając szeroko usta i pokazując dwie pary dużych kłów, wystających ponad zwykłą linię zębów.
– No proszę. – Uśmiechnął się wampir. – Wiedźmin magister, człowiek czynu, znający się na wiedzy – zaśmiał się szyderczo.
– Kim jesteś, wampirze, i dlaczego to robisz? – Geralt wsparł się w postawie.
– Odłóż te srebrną wykałaczkę, bo się pokaleczysz. Nic mi nie zrobisz, Geralcie z Rivii – odrzekł spokojnie wampir.
Geralt ani myślał odkładać miecza, ale w głębi siebie wiedział, że potwór ma rację. Zapadła cisza, przerywana tylko strzelaniem iskierek z małych błyskawic dookoła alpa.
– Edward Van Kulenberg. – Zaśmiał się sucho. – Przyznam, te wasze nazwiska są jakieś takie sztuczne i pretensjonalne – dodał z goryczą.
– 
Osobiście wolę Edeeanlussar, ale na tym ludzie tacy jak ty łamaliby sobie język. Wybrałem więc imię Edward, skróciłem sobie. Poza tym – dodał z naciskiem – czytałem o tym w jakieś książce. A kim jestem? – podjął po chwile ciszy. – Mamy wiele nazw, istniejemy mimo wielu ras, wieczni, wiecznie z boku, wiecznie mający wpływ i wywierający nacisk. Mówią na nas Aen Seboravilien. – podłubał sobie w zębie i zaplótł dłonie za plecami.
Geralt wzdrygnął się niezauważalnie. W świątynnej bibliotece Matki Nenneke wiele czytał o Aen Seidhe, ludziach wzgórz, będących rasą wolnych elfów. Trochę mniej o Aen Elle, wolnym ludu olch, który nie był z tego świata, ale miał kontakt z ludem wzgórz, nikt nie wiedział dlaczego. Ale Aen Seboravilien było nazwą tak rzadko wymawianą, że prawie nic nie znaczącą; albo wymawianą ze strachem, albo dla zabawy zasłanianej brakiem wiary w ich istnienie.
– Zapomniany – wycedził wolno Geralt, przerywając milczenie.
– Po raz kolejny, Geralcie, porywasz mnie swoją wiedzą – rzucił niedbanie Edward. patrząc na paznokcie. – A teraz do interesów. Przybyłeś tu, jak mniemam, w sprawie tej anomalii, która otacza miasto. Przybyłeś w interesach, chciałeś się pozbyć problemu, dostać zapłatę i ruszyć dalej przed siebie, czy tak?
Geralt stał. Możliwość, że wampir czyta w jego myślach, sprawiła że Geralt nie uznał za celowe odpowiadać
– Niestety muszę cię rozczarować. Nie mam najmniejszego zamiaru zrywać starych przyzwyczajeń i oddawać pola. Co więcej podoba mi się tu. – Wskazał ręką na dolinę pomiędzy wielkim cmentarzem a grodem. – Mam tu do dyspozycji całą armię leżących pod ziemią umarłych, czekających na nowe rozkazy.
Znowu zapadła cisza. Geralt oceniał odległość do fontanny i liczbę kroków do wykonania ciosu.
– Trzydzieści lat temu zbiorowisko ludzkiej żywej padliny rozpoczęło pogrom. Ulice spłynęły krwią elfów, krasnoludów, niziołków… – tu wampirowi zwiesił się głos – …i innych nieludzi. A czasami nawet i ludzi.
Geralt podniósł głowę
– Czy ona… – umilkł, rozżarzone oczy wampira zapłonęły ogniem.
– Była człowiekiem, do bólu zwykłą wszą na kupie pełnego gówna, była córką łajzy zmieszanej z obornikiem, sama będąc wiśnią na tej kupie gnoju, bezkresu wszawicy ludzkiego istnienia.
Geralt zaczął rozumieć suchą arogancję tak podobną do wynoszonych przez siebie samych elfów, ludu wzgórz, którzy niejednokrotnie popełniając te same ludzkie błędy, nadal mieli się za lepszych od innych.
Zgorzkniałych i cynicznych.
– Zabili ją, te aroganckie wszy, zagniotły jedną ze swoich, bo śmiała się im przeciwstawić, śmiała pokochać… mnie – Edward zaczął krzyczeć coraz mocniej. – Te wszy – ciągnął dalej kipiący złością wampir – nie wiedziały jednak, jak zabić kogoś takiego jak ja, pocięli mnie, pokropili wodą święconą i wrzucili do dołu z wapnem, uznając, że załatwili sprawę. Aż pięćdziesiąt lat zajęło mi dojście do porządku, obudziłem się jakiś czas temu…
– Tydzień… – powiedział cicho Geralt, ale nie do niego, sam do siebie.
– Nie wiem, może – dokończył wampir. – Od tamtego czasu nie mam nic innego do roboty.
Zginąć nie mogę, siedzieć bezczynnie również, to zostało tylko się zabawić – dokończył.
– Więc to dlatego ta anomalia – zaczął tym razem Geralt. – Po odzyskaniu pełni władz fizjologicznych zwyczajnie mścisz się na innych ludziach za sam fakt istnienia.
Jesteś najwyższej pogardy skurwysynem, ale nadal nie rozumiem dlaczego?
– Bo mogę? – odpowiedział szybko wampir, układając ręce po sobie. – Bo nie mam nic do stracenia, bo mam w dupie to, że jestem skurwysynem? A może sprawia mi to radość i mnie bawi? Odpowiedz sobie, jak chcesz, a potem cofnij się i wyjdź za bramę, o tam, za twoim tyłkiem. Nie możesz mnie zabić, a ja nie mam zamiaru brudzić się krwią wiedźmina niezamieszanego w sprawę. I daj mi w spokoju robić swoje.
Geralt stał. Słowa, które wypowiedział wampir jeszcze nie do końca do niego dotarły, ale odpowiedział: – A więc ten alp… – Tu wskazał na wampira. – To ona, tak?
Wampir pogładził alpa po rudych włosach.
– Nie, to tylko jej ciało. Magia ponad wszelkie okoliczności nie ma możliwości pełnego wskrzeszania. Ja jestem wampirem, regeneracja to część mojego istnienia, ale zniszczenie nie zawsze podlega naprawie. – Musnął ustami blady policzek alpa. – Jednak to mi wystarczy. Musi wystarczyć, innego wyjścia nie ma. Odrobina wolnej woli z tej resztki mózgu, która nie zdążyła zostać zdegenerowana, okraszona magią i 
voilà! Ciało godne bogów bez mózgu i żadnych oporów, żadnych zahamowań. – Zarechotał sucho wampir.
– Czy ty sam siebie widzisz, wampirze? – zapytał głośno wiedźmin. – Wskrzeszasz z martwych dla własnych chorych ambicji i zniszczonej miłości, kogoś, kogo kochałeś, zamieniłeś w zimną kukłę do pustej miłości i dzikiego mordowania, z obiektu twoich uczuć zrobiłeś bezwolnego zaprogramowanego golema, stworzonego w celu zemsty i pustego mordowania, bez celu. Jesteś żałosny, Edwardzie, ty i ta twoja magia, twoja nieśmiertelność i usprawiedliwianie suchego jałowego kurestwa. Rzygać mi się chce na twój widok.
– To rzygaj, spokojnie, nikt nie widzi – powiedział spokojnie wampir. – Dałem ci szansę na życie, Geralcie, odrzuciłeś ją, więc zginiesz tu i teraz, a nawet jeśli anomalia obróci się przeciwko mnie… – tu ściszył głos, tak że Geralt ledwo go słyszał. – To nic nie zmieni. Kiedy tu na tej ziemi, w tym świecie byliśmy razem z potworami, wy, małe człowieczki wyszliście na nas z kosami. Stworzyliście wiedźminów, maszyny do zabijania potworów, ale i ludzi. 
I przyszedł ten dzień wolności, kiedy ostatni wielki potwór umarł w mękach, i zwrócili się ludzie przeciwko wiedźminom, nastał pogrom, Kaer Morhen zostało zdobyte, a rozgromieni rękami stwórców wiedźmini nie mogli zostać wskrzeszeni, nie byli już nami. A gdy nieuchronnie przyjdzie ten dzień, kiedy inni moi pobratymcy powstaną z martwych, jako i ja powstałem, zabraknie już wiedźminów do obrony, a wtedy nastanie czas śmierci i nawet samo białe zimno nie powstrzyma naszej mocy zniszczenia! – Pod koniec wampir już niemalże krzyczał.
– Nie pierdol, Edward – powiedział zdenerwowany wiedźmin. – Wasza wielka duma nie pozwala zauważać waszych równie wielkich kompleksów, które magią staracie się leczyć. Ale jesteście nieśmiertelni, nawet poćwiartowani nie przestajecie snuć, knuć, myśleć i planować, to was napędza, bo bez tego będziecie niczym, jak te wszy, które zgniatacie – skończył mówić Geralt.
Wampir tylko na moment okazał drżenie wściekłości na twarzy, ale doskonale nad sobą panował. Cofnął się, szepnął coś do ucha alpowi i polizał językiem to ucho, następnie cofnął się we mgłę, do góry. Alp ruszył do ataku.
– Niech tak będzie – powiedział cicho wiedźmin.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Podziel się ze znajomymi: