– To ci powiem Geralt, że moja dziwna przygoda zaczęła się już z parę tygodni z hakiem. – Zaczął krasnolud, zamyślając się. – Jak wiesz, nawet uniwersytet musi z czegoś żyć, a siedząc i czekając tylko, aż ktoś przyjdzie i łaskawie zacznie się uczyć, nie zarobilibyśmy nawet na nasz pieprznik w dziekanacie. – Smarknął potężnie i golnął sobie jeszcze.
Geralt był zdziwiony, że krasnolud po tylu kolejkach nadał mówi z sensem i nawet nie buja się na krześle; prawdopodobnie bimber wcale nierzadko służył wyłącznie do leczenia i odkażania opatrunków
– Ach, jak tylko sobie o nich przypomnę, mam ochotę kogoś kopnąć. No nic, jako że zbliża się rok akademicki, trzeba było pojechać w szaloną podróż po miastach, leczyć ludzi i przy okazji reklamować uczelnię, tak wiesz: „I tak to wygląda, panie i panowie, więcej przypadków znajdziecie i więcej wiedzy nabędziecie na chirurgii Oxenfurdzkiej, tylko się zapisać! Specjalnie dla was wpisowe w przecenie tylko połowa ceny!” – Beknął potężnie krasnolud aż echo zadudniło. – I tak do znudzenia – kontynuował – przyjazd do miast, wielkie poruszenie, wszyscy przyjeżdżają leczyć się za darmo, gremialne spotkanie tubylczej ludności, a po paru pokazach spis chętnych na semestr. Musisz wiedzieć ponadto, Geralt, że ze trzech na czterech chętnych odpada po pierwszym semestrze. – Zarechotał Rusty. – A korony zostają w kieszeni, ha! Ja to jeszcze dorabiam na boku leczeniem prywatnym, mi to starcza na wygodne życie i żaden człowiek mnie nie tknie, pogrom dla mnie nie istnieje. – Znowu zarechotał i beknął. – Ktoś musi leczyć tych głupców, a tęgi łeb do wiedzy nie każdy posiada, to i jestem. – Zamachnął się kieliszkiem, i dolał bimbru, wychylając od razu całość. – Ym, na czym to ja… Aha.
Geralt miał wielką ochotę przerwać ten dyskurs naukowy, ale jedyne, co zrobił, to machnął ręką i oparł się plecami i katafalk.
– Że jeździliśmy od wsi do wsi jako objazdowy szpital polowy, tak. Byliśmy nawet w Vengerbergu, tam to się obłowiliśmy, mówię ci. – Zarechotał. – oni tam mają taką czarodziejkę, cała taka czarna, jedyne co ma innego koloru to skórę, i fioletowe oczy. Fioletowe rozumiesz, Geralt?
Wiedźmin patrzył nieruchomo w ścianę, nie wykonał żadnego ruchu, tylko zacisnął usta.
– Albinoska, psia mać, że też ona jeszcze żyje, nadziwić się nie mogę, ale to magia, wiedźmy już tak mają. Zresztą – ciągnął dalej krasnolud, całkowicie nie zwracając uwagi na tężącą twarz wiedźmina – patrząc na nasz interes, pewnie zbladła jeszcze bardziej. Jest jedyną wiedźmą w Vengerbergu, to i ludzie muszą do niej chodzić, a ona z braku konkurencji dyktuje ceny z dupy wzięte. Jej sknerstwo ją kiedyś zgubi, mówię ci, Geralt. – Nalał sobie znowu, bimbru w antałku była jeszcze połowa. – No, ale ja nie o tym. Sam fakt, że ona dużo bierze mi nie przeszkadza. To jej musiał przeszkadzać to, że leczyliśmy ludzi za darmo, za darmola, wiedźminie, rozumiesz? – Zarechotał, próbując popchnąć wiedźmina, ale stracił równowagę i prawie przewrócił się na stołku. – Ale była wściekła, pamiętam, pewnego dnia akurat przechodziłem koło jej domu, niedaleko był taki antykwariat, czyste pergaminy sprzedawali, a obok dobry materiał na opatrunki. – Znowu beknął całkowicie niezbity z tropu, że Geralt w ogóle mu nie przerywa. – Byłem już prawie pod jej oknem i dobrze, że wtedy spacerkiem szedłem. Nagle przed głową wyfrunął prosto na mnie słoik z dżemorem! – Zarechotał krasnolud, znowu prawie przewracając się na zydlu. – Rozumiesz, Geralt? Ona była tak wściekła na nas, że niszczymy jej konkurencje, że… – urwał.
Geralt zasępił się, a Rusty natychmiast z poważniał: – O, ooo. – I odbeknął mocno wytrawny trunek. – To takie buty, Geralt, przepraszam, jeśli cię uraziłem, my lekarze nie za bardzo lubimy się z czarodziejami, są dla nas, jakby tu rzec, konkurencją. A my dla nich… – spochmurniał, patrząc na trzymany w palcach przed oczami kieliszek. – Mam opowiadać dalej?
Geralt zamrugał, rozejrzał się dookoła.
– Opowiadaj, byle szybko, bo do nocy nam ta opowieść zejdzie. – Wiedźmin poprawił się na zydlu.
– A dupa tam, nie noc, cały czas tu takie zachmurzenie, że bez pochodni nie ma co wychodzić. – Rusty postawił szklankę na blacie i zaplótł ręce na piersi. – Od czasu jak ta zjawa na nas tu wyszła, nic się nie zmienia, ciemno a ciemno, kto mógł ten uciekł.
– Zjawa… Jak wyglądała? – Geralt obrócił głowę do Rusty’ego.
– Taka tam, postać kobiety, tylko zamiast zwykłych dłoni ma szpony i twarz zawsze całą we krwi, mówię ci, wiedźminie, ja to lekarz jestem, ale gdybym jej nie zobaczył, tobym nie uwierzył.
Geralt zasępił się chwilę.
– Mogę opowiadać dalej? – spytał Rusty. Geralt kiwną głową ze wzrokiem wbitym w podłogę.
– No, to ten – odchrząknął – w Vengerbergu, jakeśmy zrobili utarg życia, postanowiliśmy rozejść się jeszcze trochę po wsiach i już bez oficjalnej pompy po prostu poleczyć ludzi, reklamując uczelnię. Mnie przypadła Guleta, rozumiesz, szwagra tu miałem, to myślałem, że przenocuję u łobuza, co mi siostrę zbałamucił, to mi trochę dług odpłaci chociaż. – Uśmiechnął się pod nosem. – No więc jadę ci ja dyliżansem do Gulety, będzie z tydzień temu. Dobrze się stało, akurat jarmark mieli, to i usługi były w cenie a ludzi dużo, to się jeszcze dorobi do rektorskiej nędznej pensji. – Uśmiechnął się do siebie Rusty. – Wybrałem jakąś karczmę pod rynkiem, tu zresztą widzisz, bruku nie ma, gówno nie miasto, zwykła wioska. Ale płacą dobrze – dodał. – Jak pamiętam, był tam taki cmentarz pod miastem, ale nie ten tu obok, co mamy, tylko taki duży, sporo ludzi z regionu życzy sobie być tu pochowanym. Mnie to, Geralt, widzisz, specjalnie różnicy nie robi, ale szanuję to, jak ktoś wybiera sobie, jak chce umrzeć. Tylko nie zawsze tego wyboru można dokonać, bo teoria sobie, a życie sobie. – Tu Geralt kiwnął głową, opierając się bardziej o ścianę. – To gówno od tamtej strony zaszło. Taka jakby burza, tylko cała jasnoniebieska, mówię, jakbym nie widział, tobym nie uwierzył. Potem te chmury zrobiły się zielone i nagle zaczęły na nas wyskakiwać, te wszystkie szkarady, te same, co je popłataliśmy przed kapliczką. – Rusty westchnął glośno. – Co się wtedy działo, to trudno opisać, w skrócie: panika. Nikt nie wiedział, co robić, w sumie nawet ja nie wiedziałem. Widzieliśmy tylko, jak te monstra całe w zielonym dymie atakują i żrą, co się da, a gdzieś w oddali właśnie ta mara, co ci ją opisałem wcześniej. Ona tylko szła, nic dużo nie robiła.
– Mało – po raz pierwszy od dłuższego czasu odezwał się Geralt – to ciągle za mało, cholera, nie znasz nic więcej, na pewno?
Rusty zasępił się.
– Jak teraz sobie przypomnę, to siedząc w karczmie, stwierdziliśmy, że długo tak nie pożyjemy, ten dym, co go opisałem, nie był za zdrowy, ludzie zaczęli szybko kasłać i się dusić, wtedy pewien klecha, bądź co bądź zaczął mądrze gadać, że w domu bożym twardym i silnym będziemy mogli oprzeć się karze bożej zesłanej na niewierne społeczeństwo. Chciałem już świętobliwemu zasadzić kopa za szerzenie głupoty, alem się rozmyślił, bo tu widzisz, bezpiecznie jest, ghule jak podchodzą, kamienia nie sforsują, trzeba było tylko przejść. Było paru odważnych i chyba jeden rycerz, co powiedzieli, że oni bestyję odciągną, a my mamy biec o tu, no i jak postanowili, tak wyszli na ulicę. Nie było co myśleć, szybko popędziliśmy do wyjścia i kto mógł, to w nogi, do kaplicy. Prawie wszyscy z biegnących się uratowali, niestety owemu plebanowi sutanna za blisko kostek zwisała, jął przewrócił się i nim wstał, tylko zawył z bólu, tak się rozprawiły.
– A ci rycerze, co z nimi? – zapytał Geralt, już lekko znudzony przeciągającą się rozmową.
– Rycerze? A i trzech z nich skończyło jak reszta leżących, część udusiła się od morowego powietrza, co roztacza się zawsze dookoła tych szkarad. Ale jeden przeżył, leży tu obok, potem możemy pójść, chyba że nie chcesz? – zapytał Rusty.
– Nie, z chęcią pójdę, im więcej szczegółów tym lepiej, a teraz dokończ opowiadać. – Geralt ponaglił krasnoluda.
– A i nie ma co opowiadać. Od tamtego czasu siedzimy tu jak mysz pod miotłą, czasem ktoś odważniejszy wyjdzie żarcia szukać, czasami nie wracają, ale czasami który przeniesie co smacznego, to reglamentujemy i wszystkim po równo. Widzisz przecież, że my tu lecznicę z lazaretem zorganizowaliśmy, a ze wszystkich pożal się boże szarlatanów z wioski tylko ja się tu znam na leczeniu, to i zostałem. Ktoś musi. – Krasnolud podrapał się po brodzie. – W końcu jeśli nie możemy żyć jak ludzie, to przynajmniej umierajmy jak ludzie.
– Rozumiem – powiedział Geralt – to wszystko będzie?
– No tak będzie – powiedział Rusty, wstając i prostując ręce i nogi. – Prawie tydzień tutaj siedzimy, słońce widzimy tyle co przez chmury, zresztą sam widziałeś, oddychać się nie da, a jak wieczorem wyjdą te zbóje na łowy, to kto żyje, ten przepadł. Mówię ci, Geralt, żarcia tu mają pod dostatkiem, a co kto umrze, to znowu nowe żarcie dla padlinożerców, jesteśmy, kurważ szmać, jak na półmisku dla ścierwojadów, i tylko czekać zostało, może cud się zdarzy. – Rusty poklepał się po brzuchu.
Geralt wstał, strzyknęło mu coś w plecach podczas przeciągania, i wziął ze sobą resztę ekwipunku ubierając miecze na plecy.
– Prowadź, Rusty, co szybciej, bo czuję że nie mamy dużo czasu.
Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”