Ghule, zajęte posiłkiem, nawet nie zwracały uwagi na nowy zapach, który właśnie wkroczył na cmentarz. Może to dlatego, że zapach tak podobny do trupa niczym nie różnił się od tego już na cmentarzu obecnego. Geralt nie śpieszył się. Zebrane w grupie ghule były łatwym celem, jednak zaalarmowane ruszały się błyskawicznie, co uniemożliwiałoby efektywną obronę. Geralt rozpiął jedną ze skórzanych kieszeni i wyciągnął dziwnie wyglądający przedmiot. Okrągły, z kwadratowym elementem na powierzchni. Wyglądał trochę jak szklana bombka choinkowa owinięta metalową tasiemką z otworem na sznurek na samym szczycie. Wiedźmin potrząsnął petardą, biały proszek w środku podskoczył leniwie. Następnie wcisnął do środka przycisk znajdujący się w szyjce, szybkim ruchem rzucił go w grupę ghuli i odwrócił wzrok, zamykając oczy. Miecz trzymał w pogotowiu, gotowy do ataku. Petarda opadła na ziemię dokładnie pośrodku grupy, momentalnie eksplodowała, rozrywając resztki obfitego posiłku trupojadów. Pociemniałe otoczenie rozjaśniło się na krótką chwilę. Odurzone światłem ghule leżały dookoła, oszołomione tym, co się właśnie stało.
Geralt otworzył oczy, szybko podszedł do jednego ghula, kopniakiem lekko podrzucił ciało i ciął z lewego biodra, rozcinając korpus do kości. Odrzucony ghul padł na nagrobek, a drugi niedaleko leżący również nie zdążył uciec, wiedźmin wcisnął klingę pod żebra potwora i przekręcił, czując rodzącą się furię. Trzeci z potworów już wstawał, lekko zataczając się i potrząsając łbem, Geralt uniósł miecz nad głowę, podszedł w dużych krokach, a z prawego ramienia ciął przez głowę. Potwór upadł, bryzgając wszędzie posoką.
Pozostałe dwa ghule już otrząsnęły się z szoku i teraz na widok swoich zarżniętych miały towarzyszy w oczach wściekłość. Jeden z nich, krążący dookoła, ruszył na wiedźmina z rządzą krwi i mordu, skoczył. Geralt zwinął się w uniku, dostając jednak szponem po ramieniu, skórzany kaftan rozerwał się, pokazując skórę, z której pociekła krew. Potwór wylądował miękko, z gracją, obrócił się i znowu zaczął krążyć dookoła.
W tym czasie drugi ghul ruszył zza pleców, rozpędził się i skoczył. Geralt nie odwracał się aż do ostatniej chwili, kiedy wykonał unik, obracając ciałem i ciął lecącego ghula z biodra, przez korpus. Martwy potwór bezwładnie upadł na ziemię. Po biodrze wiedźmina pociekła krew, Geralt wsparł się w postawie i czekał. Rozwścieczony ghul ruszył do ataku, ale tym razem nie wybił się do skoku. Machnął łapą, jedną, drugą, kłapnął szczęką blisko ciała wiedźmina, Geralt parował, odpierał wszystkie ciosy. Ghul ponownie krążył dookoła, szukając dziury w obronie swojego przeciwnika, ruszył. Geralt wsparty w postawie czekał z mieczem przygotowanym do ataku. Ghul skoczył, wiedźmin chlasnął, nie trafił. Potwór całym ciężarem zwalił się na przeciwnika, przewracając go. Ten, podtrzymując miecz obiema rękami, odciągał możliwie najdalej od siebie stwora, który nagle znieruchomiał, więc Geralt odrzucił monstrum, wyprowadził cios i ciął. Potwór upadł i już więcej nie wydał znaku życia. Geralt oddychał ciężko, patrzył na brzechwę strzały wystającą z potwora, obejrzał się. Z okna nad drzwiami kaplicy wystawała kusza, trzymana przez niewysoką postać w skórzanej masce i dziwnych okularach. Postać zdjęła maskę i opuszczając kuszę, zawołała głośno.
– No proszę! Nigdy nie spodziewałbym się, że uratuję życie wiedźminowi! – I splunął na bruk cmentarza, zamykając okno.
Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”