Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”

Bród, smród i ubóstwo. To pierwsze, co uderzyło wiedźmina w krajobrazie miasta. Było jak w lesie, albo i nie, jak w chlewie całym w gównie. To, co było widoczne na pierwszy rzut oka, było również czuć. Po pierwszym oddechu.
Geralt powstrzymał się siłą, żeby nie zwymiotować. Mnogość przemieszanych zapachów ekskrementów nigdy tak mocno nie ścisnęła mu żołądka. Za długo był w domu, pomyślał. Za długo siedział sobie wygodnie w ciepełku, przywykł do luksusowego życia. I teraz, gdy przyszło z powrotem brać się za życie, pożałował wszystkiego, co robił do tej pory. Nie, pomyślał, już nigdy więcej, nigdy nie będę pragnął, nie chce pragnąć. Pragnienia przeszkadzają. W życiu.
Krajobraz miasta nie nastrajał optymizmem. Nie można było również stwierdzić, czy ktoś tu w ogóle jeszcze mieszka. Ale co tu się mogło stać? Zaraza? To dlaczego nikt nie pilnuje? A może pilnowali, jakiś czas…
W szeroko otwartych oknach, czasami lekko bujających się na ościeżnicach, powiewały lniane szmaty, prawdopodobnie podwieszane jako zasłony przy tych wytwornych dziełach sztuki rzemieślniczej, które Yennefer wieszała w swoim mieszkaniu, gdzie tylko mogła, nie ważne czy pod oknem, czy przy czworonożnym najlepszym solidnym przyjacielu każdego wiedźmina, wyglądały jak zwisający pod oknem postrzępiony papier toaletowy.
Geralt tylko z tym mógł sobie to skojarzyć. I nie chciał wiedzieć dlaczego.
Zmusił Płotkę do chodu, po raz kolejny używając znaku Axii. Rozglądał się, starając oddychać otwartymi ustami. Pierwszy szok minął, po wytężeniu słuchu Geralt już wiedział, że miasto nie jest opustoszałe. A przynajmniej jeszcze.
Z niektórych otwartych okien słychać było czasami rzężenia i spazmy leżących na posłaniach albo na podłodze ludzi. Tylko w kilku przypadkach te odgłosy nie były zwiastunem rychłej śmierci. Ale i te, przerywane niekiedy odgłosami delikatnych zamierających okrzyków, nie nastrajały optymistycznie. Ani jakkolwiek inaczej. Na placu w centralnym punkcie, w miejscu przypominającym rynek lub targ, krajobraz wyglądał tak samo. Dookoła było jednak coś więcej, pełno trupów, czasami w całości, czasami w połowie, niekiedy w częściach mocno niepoddających się szczeremu i wiernemu opisowi. Geralt widział już takie rzeczy niejednokrotnie. Nadal jednak nie wiedział, dlaczego teraz tak się czuje źle na ten widok. Nie chciał wiedzieć i przeklinał w duchu samego siebie. Przytroczył podenerwowaną Płotkę do drewnianych pni na środku rynku, zsiadł z konia, stając na rozmiękłej ziemi. Rozejrzał się, uspokajając znowu jedną ręką nerwową Płotkę, chrapiącą i kręcącą łbem. Geralt zaczął chodzić po rynku, zaglądał przez otwarte okna do domostw, jednak nie decydował się wchodzić do środka, nawet jeśli ktoś w nich był. Nie był pewny, czy to na pewno zaraza, a właściwości wiedźmińskiego organizmu uodparniające na choroby i zarazy nie przenosiły się na jego ubrania. A te mogły już mieć kontakt z przyszłymi klientami, nie było po co ryzykować. Odnalazł pierwszego z brzegu leżącego bokiem trupa, jednak z twarzą w kierunku ziemi.
– Nie wiem, co ci się stało, ale spokojnie to ty nie umarłeś – powiedział do siebie Geralt, zaczynając oględziny. Gdy obrócił trupa na plecy, zakasłał; trzewia miał rozcięte w poprzek, przez płuco do uda po przeciwległej stronie. Woń zapachów wydobywających się z miejsca rany nie dała się opisać wszelkim regulacjom. Geralt wstał, pokręcił głową, walnął się parę razy pięścią w skroń i znowu wrócił do oględzin. Wątroby nie było, prawdopodobnie zjedzona, reszta rozorana do samych płuc i dopiero teraz Geralt zauważył, że to nie zwłoki, a jego resztki tak śmierdziały. Wiedźmin znowu przeklął samego siebie i wszystko, na czym świat stoi, wstał, obrócił butem jeszcze parę razy stężone ciało, zapamiętał ślad palców w krwi na belce ściany. Innych znaków szczególnych nie było. Albo były, tylko wcześniej. Geralt rozejrzał się dookoła.
O budynek przypominający karczmę opierało się coś, co przypominało tablicę ogłoszeń. Na jedynym pergaminie, z niemal zatartymi już literami, widniał tylko niewyraźny podpis. Nawet Geralt przy całych swoich umiejętnościach lepszego widzenia nie umiał rozczytać, co było tu napisane. Nic więcej poza, „Rusty”. Geralt zerwał pergamin i schował go do kieszeni na pasie przecinającym pierś, do którego przypięte były jego miecze.
Wrócił do Płotki i odtroczył ją, znowu uspokajając znakiem. Nie wsiadł jednak, zarzucił sobie lejce na ramię i pociągnął konia za sobą.
– Tak, Płotka, wyszedłem z wprawy, odzwyczaiłem się od rutyny pracy. I teraz ponoszę tego konsekwencje. Niech mnie diabli, mnie i moje wszystkie pomysły – ciągnął dalej wiedźmin.
Klacz oczywiście nie odpowiedziała, parsknęła tylko chrapami i nieznacznie ośliniła jego ramię. Geralt, patrząc na wprost, nawet tego nie zauważył.
– To, co tutaj mogło się stać, jest jak zwykle jasne, ale nie do końca. Coś musiało zaskoczyć ludzi, na tyle że nie zdążyli zamknąć bram, nie widzę jednak ciał strażników, z czego można wywnioskować, że ci, którzy mieli bronić ludzi, pierwsi uciekli przed niebezpieczeństwem. Zresztą – dodał, szarpiąc mocniej Płotkę za uzdę – nic by w tym było nienormalnego.
Geralt pociągnął konia, skręcił alejkę dalej w prawo, krajobraz miasta nie zmienił się nawet o piędź.
– Zresztą – kontynuował wiedźmin – kto by się przejmował zwykłymi ludźmi. Póki pracują i płacą podatki, mogą żyć, ale gdy czegoś chcą, to wtedy jest już problem. Który zazwyczaj trzeba usunąć. Nikt nie chce zajmować się cudzymi problemami. – Płotka, nadal nie uznając za stosowne pokazywania swoich umiejętności fonetyczno-interpersonalnych, cicho oddychała, trzepiąc głową i nerwowo machając ogonem, odganiając się od much, co rusz latających nad kolejnym trupem. – Tak, wszystkie trupy wyglądają tak samo. W ten sam sposób zastygnięci po tym, jak w panice uciekali przed kimś, lub czymś, tego nie wiemy. Wiemy – dodał – że to coś nie może być prostym problemem do rozwiązania, bo gdyby tak było, strażnicy nigdy gremialnie nie uciekliby w panice, zapominając zamknąć bram głównych. A wszyscy wiedzą, że takie są przepisy odnośnie walki z zarazami. – Geralt splunął gęstą śliną na schnącą skorupę ziemi. – Tak, na czym to ja. Aha. Strażnicy nie uciekliby przed prostym problemem, po którym można w szeregu wypiąć pierś do orderu. – Ciągnął wiedźmin, nadzwyczaj rad z tego, że może głośno gadać do siebie. – Darmowe zwycięstwo, dodatkowy order i premia do wypłaty, żona w końcu tak bardzo oczekuje męża ponad tłumem, męża sukcesu, w końcu będzie miała się czym pochwalić wśród swoich przyjaciółek. – Geralt skręcił w lewo, w węższą alejkę, ciągnąc za sobą płotkę. – Tak więc prosty problem odpada.
– 
Pozostaje więc najzwyklejsza zaraza, z którą walczyć nie sposób, nie będę miał więc tu dużo do roboty. Albo potwór. Albo ludzie… – dokończył Geralt, zasępiając się nad ciałem nienormalnie małym, prawdopodobnie nienależącym do człowieka.
Ciało leżało na boku, tuląc do siebie małą laleczkę, zamglone oczy były podkrążone, skóra wyschnięta, a w niektórych miejscach podgniła i poszarpana. Ciało dziewczynki jednak nie różniło się od innych. Do kubraczka była przyczepiona wyschnięta już róża. Geralt podszedł, zabrał kwiat i odsuwając się na trzy kroki, pstryknął palcami, mrucząc „Igni”; ciało zajęło się ogniem trawiącym to, co zostało. Wiedźmin odwrócił się i pociągnął dalej swoją klacz.
– Pogoda nie poprawi się już do jutra – mruknął Geralt, znowu zaczynając rozmowę sam ze sobą. – Jak znowu zacznie padać, to nawet jeśli nie ma tu żadnej zarazy, stężenie trupiego jadu skutecznie ją stworzy. I rozejdzie się problem po sąsiednich wsiach – komentował. – Tak, dużo jest tu dla trupojadów, ale same trupojady mają tutaj istną ucztę. A ludzie, którzy jeszcze żyją zamknięci i konający w swoich domach, są nadal źródłem świeżego padłego mięsa, potwory więc nie muszą martwić się o żarcie. – Splunął znowu.
Wąska uliczka kończyła się, z przodu widać było ceglany płot z otwartymi bramami, na filarach płotu stały symbole, Geralt nie rozróżniał jakie, natomiast za tym płotem rozciągał się cmentarz, gdzie na środku była spora kaplica. Kaplica, która w normalnych warunkach mogłaby robić za samodzielny chram sam w sobie, była zamknięta. Dookoła pełno rozkopanych grobów, a z daleka słychać było dziwne, wściekłe mlaskanie. Geralt zostawił Płotkę, wyciągnął z pochwy pokryty srebrem i runami miecz, oparł się wolną ręką o furtkę cmentarza i wszedł na jego teren.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Podziel się ze znajomymi: