Uniwersum Wiedźmin – opowiadanie „Więź przypadków”

Ocalały rycerz nie nadawał się na dobrego rozmówcę. Wprawdzie mówił z sensem, ale wnioskując po obrażeniach, przez problemy ze słuchem, nikomu nie chciało powtarzać się dwa razy tych samych pytań. Rycerz bowiem miał odcięte nierówno uszy, z ranami sięgającymi końców policzków. Po jednej stronie widać było nawet zęby.
Blacha napierśnika była wgnieciona, w paru miejscach nawet przecięta, stwory musiały być o wiele silniejsze od zwykłych ghuli lubujących się w grzebaniu w padlinie. Tam, gdzie zasłonił się rękami, widać było głębokie rany cięte, a na szyi, tu ciekawostka, niewyraźne i nierówne ukłucia.
– No, Geralt, zdrowiej, ja muszę iść na obchód, dość już czasu zmitrężyłem, a gdy przyjdzie do zapłaty, to jeszcze pogadamy, wiedźmini wszak za darmo nie pracują. – Podrapał się po brodzie Rusty i zakręcił w futrynie, zamykając drzwi.
Geralt krótko po odejściu Rusty’ego skończył oględziny i życząc dobrego zdrowia rycerzowi, wyszedł z pokoju. W głównym holu, przeznaczonym zazwyczaj do odprawiania mszy nie było ław, ale dużo posłań, na których leżeli równo ułożeni ludzie, z drugiej strony leżeli opiekuni. Kto mógł, to wstawał i pomagał tym, którzy pomagać nie zdołali. Geralt podszedł do drzwi, obejrzał się na Rusty’ego – ten zajęty swoją pracą nie odwracał głowy
– Tylko żebym nie musiał cię znowu łatać, Geralt. Powodzenia.
Geralt kiwnął głową, popchnął drzwi kaplicy i wyszedł.

Geralt kroczył wolnym, ale pewnym krokiem przez miasto, z mieczem w pogotowiu. Płotkę zostawił w stajni, nie było potrzeby jechać konno, poza tym ruch dobrze mu robił, zastałe kości trzeszczały w stawach aż całkiem się rozgrzały. Szedł tak, rozglądając się niczym żołnierz na patrolu, słońce za chmurami już dawno zachodziło.
Wiedźmin oparł miecz płaską stroną klingi na ramieniu. Drugi nadal spoczywał na plecach, pobrzękując w pochwie; na pasie z klamrą przecinającym pierś leżały w kieszeni fiolki z eliksirami, a na biodrze w małej sakwie odbijały się od siebie okrągłe petardy, brzęcząc dźwięcznie. Tak, patrolował miasteczko ulica po ulicy, mgła zmieniała co chwilę kolory z niebieskiego na zielony, a następnie na fioletowy. I znowu, od nowa. Dookoła słychać było tylko dźwięki ciężkich oddechów ukrytych w domach ludzi, pod framugami nie było jednak linii z soli, mądrzy ludzie sami wiedzieli, żeby nie wychodzić. A potwory, co dziwne, nigdy nie atakowały ludzi schronionych. Trupy zawsze leżały na ulicach, w miejscu w danym momencie rządzonym przez potwory i bestie.
Geralt skręcił uliczkę dalej, kierował się na cmentarz poza granicami grodu, tam gdzie faktycznie kłębiły się chmury dymu wymienionych wcześniej kolorów. Najwięcej z nich, Geralt ledwie to dostrzegł, kłębiło się na szczycie, tam gdzie prawdopodobnie stała sporej wielkości krypta. Szedł dalej.
Niedaleko jednej bram wjazdowych do grodu przylegał do murów dom, otoczony sporym ogródkiem, obwiedziony dookoła płotem i wysokim zarośniętym żywopłotem. Tam mlaskanie i odgłosy były głośniejsze. Geralt wsłuchał się uważniej, przygotowując miecz do ataku. Ktoś krzyczał w panice.
– Precz! Precz bestie! Nie dostaniecie mnie! Żywcem nie weźmiecie, znikąd pomocy! Zniikąąd poomooocyyy! – Ostatnie słowo było silnie zaakcentowane, jakby tylko ono miało świdrować uszy wszystkim istotom żywym w promieniu jednego stajania. Geralt nie czekał, złapał za gałkę bramy wejściowej, ta nie poddała się sile. Drzwi wejściowe ogrodu były zamknięte, a żywopłot stanowił nieprzebytą przeszkodę. Nie dla wiedźmina. Zarzucił sobie miecz na plecy, wskoczył, złapał się górnej części bramy i przerzucił na drugą stronę, lądując miękko, amortyzując upadek i znowu trzymając miecz w pogotowiu. Powoli, skulony, w postawie gotowej do ataku wszedł na plac. Gdyby nie liczba trupów i ogólne zaniedbanie, ogród wyglądałby niezwykle piękne. Za kwadratowym szpalerem żywopłotu, mieścił się okrągły plac z dużą fontanną na środku. Mnogość elementów florystyki sprawiała wrażenie bogatej, to nie mógł być dom zwykłego mieszkańca brudnego grodu. Taki widok pierwszy raz nie pasował wiedźminowi do zastanego dzień wcześniej krajobrazu, smrodu miasta. Wiedźmin wyciągnął eliksir. Na podeście, do którego prowadziły niewysokie schody i dalej przed domem, stał skulony mężczyzna, trzymając trzęsącymi się rękami miecz w ręku, odgrażał się podchodzącym do niego bestiom. Mężczyzna, cały czas cofając się w kierunku ściany, był przerażony, niczego nowego nawet nie zobaczył. Geralt odkorkował fiolkę i wypił pół zawartości, nie było potrzeby zużywać całej Zamieci.
Nim fiolka spadła na ziemię, eliksir zaczął działać, nagle wszystko dookoła spowolniło i zaszumiało niskimi tonami, wiatr zwolnił, wszystkie ruchy wydawały się ślamazarne i niemrawe. Geralt przyciągnął rękę do ust i tylko gwizdnął palcami. Ghule odwróciły się w jednej chwili.
Wiedźmin nie czekał na atak; nieunikniona próba walki i charakteru wymusiła na nim pierwszy krok. Skoczył, ciął z piruetu, paradą na plecy i z barku do biodra, miecz zaśpiewał, w nienaturalnie szybkim tempie rozcinając powietrze, a potem cielsko trupojada. Połówki potwora odbiły się od drewnianych filarów domu i spadły bezwładnie na ziemie, odparowując. Reszta potworów rozbiegła się po ogrodzie. Geralt z prędkością pioruna trzema susami dobiegł do jednego z nich i krokiem kończącym się na lewej nodze ciął, obracając ciałem. Chlusnęła krew, głowa oderwana od korpusu uderzyła w metalowy fragment płotu, który zaśpiewał jak mały dzwon. Pozostałe dwa ghule znowu zaczęły rytuał okrążania swojej ofiary.
Geralt wolno podszedł do centralnego punktu ogrodu. Pozwolił otoczyć się ghulom, dając im złudzenie przewagi. Gdy ten zza pleców ruszył na niego ze skokiem, wiedźmin w ostatniej chwili wykonał unik i miękko, bez żadnych obrażeń, ciął w górę, z biodra do łokcia, w lecące ciało ghula. Ghul zagulgotał, odwrócił się w powietrzu nogami do góry i grzmotnął w trawę. Geralt uniósł głowę, szykując się na ostatniego potwora, ale jego już nie było. Nad jeszcze ruszającym się ciałem stał ten sam mężczyzna. Teraz wiedźmin widział, że był to bardziej zwykły chłopak niż wojownik, który całą swoją siłą dobijał potwora raz po raz, aż na końcu uniósł miecz do góry i wbił mu sztych pod żebra, zapierając się ramionami i tułowiem.
Nastała głucha cisza, przerywana tylko echem warknięć potworów i okrzyków bólu. Zaczął padać deszcz.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Podziel się ze znajomymi: